poniedziałek, 28 grudnia 2015

Jednego serca, tak mało, tak mało...

   W okolicy świąt i w czasie ich trwania miałam w głowie tyle myśli a serce nie wytrzymywało natłoku uczuć i wspomnień; mimo to jednak dopiero teraz mam jakąś chwilę by coś o tym powiedzieć. Nie ma co tutaj wykładać po kolei całej smętnej litanii ponieważ to już było, wydarzyło się i przeszło do czasów minionych. Wystarczy rzec jedynie, że w środę sobie płakałam rzewnymi łzami jakieś dwie godziny, ale juz w Wigilię rozpadłam się na milion kawałeczków dopiero podczas Pasterki w polskim kościele. Myślę, że to ostatnie jest silnie powiązane z obecnością Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie , z Jego bliskością - mam wrażenie, że Jego Obecność sprawia, że On wyciąga wszystko co jest w nas, sięga po wszystko co jest w środku mnie, i potem tak się dzieje, że jestem wśród ludzi, a chcę się schować, ponieważ Bog przyszedł bardziej niż można sobie wyobrazić. Ale już jest po świętach - więc jest też już po emocjach i tęsknocie rozdzierającej serce. Wszystko wraca do normy, choć najdotkliwsze w tej chwili jest poczucie braku swoich ludzi tutaj. Tych ludzi, z którymi mogłabym spędzać całe dnie a godziny mijałyby jak chwile. Ludzi, z którymi wiążą mnie wspomnienia i rozmowy, powierzane sobie nawzajem trudności i marzenia. Bożych, dobrych ludzi, moich ludzi. Okropnie mi ich brakuje tutaj, a budować nowe...jest trudno, bo jest spory deficyt wszystkiego, łącznie z ludźmi, czasem i chęciami. Ja wiem, na wszystko potrzeba czasu i nic od razu nie powstanie. Więc poczekam, tak już jest. 

Są też jednak rzeczy, za które jestem bardzo wdzięczna, jak choćby:


Ciągłe przypominanie Pana Boga, że jest ze mną

ósma rano w pracy. i bardzo prosty widok za oknem, który otwiera serce na cały nowy dzień

german christmas market. radosne miejsce, pełne świątecznej atmosfery, pierwszy raz doświadczyłam takiego miejsca.

karuzela na geman market. byla tak piękna, z cudowną muzyką lecącą z głośników...czysta atmosfera (czułam się jak na filmie!), jednak nie wsiadłam - Z. się trochę z tego śmiała, i powiedziała że słusznie, że przejadę się następnym razem już z mężem. aha :>

tiramisu na deser we włoskiej restauracji i odczuwalne szczęście w każdej komórce mojego ciała. stanu szczęśliwości dopełnił fakt, że gdy wychodziliśmy w holu orkiestra dęta zaczynała grać typowo świąteczne piosenki. znowu - jak w filmie :) 

choć mam nieco mniej czasu - nadal handmade'y. przyjemne z pożytecznym, ponieważ na święta rzeczywiście był ruch w interesie

uwielbianie Boga przy codziennych czynnościach - to jest łaska i dobro Jego samego. On nie potrzebuje nas i naszych krótkich modlitw - ale daje nam ten czas, miejsce i serce byśmy z Nim spędzili choćby chwilkę 

czasem kolacje mogą wyglądać właśnie tak (a smakować jeszcze lepiej :) ) 

poczta, w samiuteńką wigilię. pachnący prawdziwy piernik,  piękna ręcznie robiona kartka, a do tego w obu przesyłkach najważniejsze - biały opłatek, który znaczy więcej niż odległość.

środa, 16 grudnia 2015

tu tu

Dzisiaj jedynie kołacze mi po głowie fragment rozmowy z ostatniego czasu. W czasie tej rozmowy padło stwierdzenie, że się pewnie swobodnie i dobrze czuję jak w Polsce, bo ciągle tutaj otaczają mnie Polacy. Odpowiedziałam po prostu, że właśnie nie, wręcz odwrotnie - pomimo tego, że jestem otoczona Polakami, mam absolutne poczucie tego, że w Polsce nie jestem. wlaśnie tak teraz mam. 

Kazik śpiewał: Polska, mieszkam w Polsce, mieszkam tu tu tu tu... chwilowo nieaktualne.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

w telegraficznym skrócie

  W skrócie, ponieważ jest późno, a sen jest wbrew pozorom nie dla słabych, ale dla mądrych, którzy wiedzą, że będą umierać następnego dnia jeśli zaraz nie odpoczną w fazie rem. Dzieje się dużo, jak zwykle. Dziś mogę jedynie opowiedzieć, że dostałam inną pracę :)  W piątek była szybka akcja telefoniczna, skutkiem czego dziś miałam się stawić pod pewnym adresem do pracy. I oto o ósmej rano (pomylilam przystanki i wysiadłam za daleko, ale i tak dotarłam na czas) oczom moim ukazał się widok nie z tej ziemi - otóż: na całym piętrze magazynowo-fabrycznym były ustawione stoły, palety, i półki, na których ułożone były ogólnie rzecz biorąc rzeczy do scrapbookingu - kartki małe i duże, naklejki, elementy i wszystko inne czego nazwać nie potrafię :)  i tam oto trafiłam, by cały boży dzień pakowac, składać, montować i liczyć ;)  w życiu tyle nie widziałam pięknych wzorów papierniczych co przez ten jeden dzisiejszy dzień, za który jestem wdzięczna. Co więcej - zapowiada się, że praca będzie do końca roku co najmniej, więc cieszy tym bardziej. 
  Wiadomo też, że nic nie jest idealne - borykam się z innymi problemami, ale to już raczej wewnątrz, przetwarzają się informacje, przegryzają problemy, przemielane są myśli i uczucia. I dobrze bardzo, wszak tak ma właśnie być. dobranoc ;) 

środa, 9 grudnia 2015

o-patrz: Opatrzność

   Nadal zasuwam na łasce Bożej - w każdej chwili. Sobota i niedziela minęła mi pod tytułem Weekend Alfa tutaj, na miejscu. Uwielbienie, modlitwa za ludzi, w zasadzie wszystko co znam, a równocześnie inaczej. Trochę rozmów, trochę przemyśleń. Chyba rozumiem, dlaczego miałam tyle dni wolnego - jakby Bóg mówił - spokojnie, narobisz się w weekend, więc odpocznij teraz. I po prawdzie, było trochę odpoczynku w tym czasie. Za to w poniedziałek dzwonili z pracą, dokładnie o 7:40 (podejrzewam, że na hali zorientowali się ilu ludzi im brakuje i wtedy zaczęli łatać dziury w ekipie), więc godzinę później stałam normalnie na linii. Ale wtorek już taki dobry nie był, jeśli mówimy o pracy - mimo to śmiem twierdzić, że wszystko jest takie, jak powinno. Byłam tuż po południu na rozmowie, która trwała kilka godzin - czyli tyle, ile trzeba. To nie jest łatwo otworzyć serce i myśli na kogoś innego, ale realnie dostrzegam, że to procentuje na przyszłość - pierwszy raz od dłuższego już czasu mam wrażenie, że moje życie rusza do przodu, że coś tam drga pod ziemią i jest szansa, że będzie kiełkować i rosnąć (a nawet owocować!). Wieczorem miałam swoją małą grupkę, i coś rzeczywiście ruszyło - siedziałyśmy w domu wspólnotowym, w pokoju z trzema wielkimi angielskimi fotelami - ten pokój już stał się naszym ulubionym, bo warunki są wprost idealne dla nas trzech. Potem zaś pojechałam do A., która zaprosiła na oglądanie filmu. Naleśniki z nutelllą i bananami, film, leniwy wieczór z fajnymi ludźmi - trochę zapomniałam jak to jest! I jeszcze potem odprowadzona w nocy pod same drzwi przez cały gang :P To naprawdę daje nadzieję na przyszłość - wszyscy wolni, wszyscy w zasadzie w tym samym wieku, wszyscy ze wspólnoty. Będzie pięknie :) 
  A dziś miały miejsce interview o National Insurance number i samodzielność - jestem z siebie dumna, po raz kolejny. Reasumując: dzieje się dużo, dzieje się intensywnie, ale absolutnie nie chciałabym być w innym czasie i miejscu. Wręcz przeciwnie - mam poczucie wielkiej szczęśliwości, pomimo że nie wszystkie chwile są tak bardzo naładowane endorfinami. Szczęście czasem na smak gorącej czekolady z Mac'a, albo deseru tiramisu we włoskiej restauracji (do tego wychodzisz z restauracji, a tam regularna mini-orkiestra grająca piosenki świąteczne i zbierająca datki do wiaderek. pełnia!). Tak właśnie mijają mi niektóre dni. 

piątek, 4 grudnia 2015

Opatrznosć

   nie ma pracy. nie ma, tak po prostu, skończyła się. to się tutaj podobno zdarza często, ludzie powtarzają, że przyzwyczaj się, bo tak właśnie wygląda praca przez agencję a nie na kontrakcie.i ok, widzę to, rozumiem, choć we mnie rodzą się myśli, jak to będzie. wiadomo, że jako ludzie dążymy do samodzielności, do poczucia bezpieczeństwa, do realizowania planów, zamierzeń. a tu - a tu zatrzymanie i swego rodzaju niepewność. dwa dni miałam takie, że niekoniecznie było co robić. wczoraj siedziałam nad rękodziełem, bo tym przecież zajmowałam się też w Polsce. trzeba by pomyśleć jeszcze, jak to tutaj wypuścić i sprzedać (bo byłoby cudownie zrobić sobie samozatrudnienie, to już w ogóle inna bajka). po południu miałam już dosyć czterech ścian (wszak ostatnio ciągle w ruchu), i poszłam na spacer na...cmentarz. 
   wiedziałam, że tuż obok jest cmentarz, ale nie wiedziałam, że jest tak rozległy! najbardziej jednak zdziwiły mnie dwa domy, które są na nim położone - jedne z brzegu, na samym początku, więc to jeszcze nie jest tak dziwne, bo przecież zdarza się, ale ten drugi przypadek to kosmos - w samym środku cmentarza stoi dom, i to dom zamieszkany, ze światełkami, samochodem i podobno dziećmi. kosmos! nie wyobrażam sobie tego nawet jeśli jako chrześcijanka mam inne spojrzenie na cmentarze i śmierć - przecież Jezus zmartwychwstał, pokonał grzech i śmierć ora przyniósł nam życie wieczne - to jednak pomysł mieszkania na cmentarzu wydaje mi się co najmniej dziwaczny. Szłam sobie spokojnie spacerowym krokiem, spędzając ten czas na spotkaniu z Nim samym, z Żywym Bogiem - i byl to czas zyskany. My bardzo nie potrafimy tak przebywać z Bogiem, wydaje się to nienaturalne, cisza jest trudna do zniesienia w naszej codzienności pełnej bodźców, dźwięków, działania. A przebywanie w Bożej Obecności to często po prostu bycie, bez myślenia, gadania, proszenia, emocji. To po prostu dzielenie wspólnej przestrzeni i czasu, jak z ukochaną osobą - mieliście tak? że w sumie to nie jest ważne, co robicie, wystarczy przebywać w jednym pokoju ze świadomością, że ta druga osoba jest obok w pobliżu. I taki to był mój spacer.
  Dziś z kolei ruszylam w miasto - a to po moje safety shoes zostawione wcześniej w pracy, a to po czek z pierwszą wypłatą, a to do drugiej agencji bo może mają pracę, a to do banku aktywować przysłaną kartę i zrealizować czek. I rzeczywiście, wszystko się udało załatwić, choć jeżdżenia było co nie miara. Trochę się zdziwiłam, bo czek został w banku, a pieniądze praktycznie będą dopiero w czwartek, ale nieważne, ważniejsze że będą. Po załatwieniu wszystkich tych sprawunków usiadłam w centrum miasta, na jakimś deptaku czy coś, z gorącą czekoladą w kubku, i dopadł mnie bliżej nieokreślony smutek, że jestem tu jednak sama. Że wszystko wokół jest nowe, i chciałabym to z kimś móc dzielić, cieszyć się tym wszystkim, pokazywać i opowiadać, ale przede wszystkim właśnie dzielić tą rzeczywistość z kimś obok mnie. Na chwilę obecną - jest tak jak jest, czyli ufam, że tak jak powinno. Czasem jednak dopada mnie pytanie, jak długo jeszcze. Ale wierzę Boże, że dokładnie tyle, ile trzeba. Szalenie lubię wersy piosenki Mate.o brzmiące: "Nie spieszysz się, nie spóźniasz się, przemieniasz serca doskonale" - czyż nie jest to prawda najlepsza? Bóg jest we wszystkim, jest zawsze, zna czas i możliwości, i według Swojej dobroci i mądrości daje wszystko w odpowiednim czasie. 
   Wieczorem jechałyśmy z Z. na Eucharystię zaczynającą tutejszy Weekend Alfa - Z. musiała pojechać po swojego męża do pracy, on miał ją zmienić przy ich córeczce a potem my miałyśmy od razu jechać dalej. Zostałam zatem sama w pustym domu z płaczącym dzieckiem w pidżamce. I wydarzył się cud najbardziej przeze mnie lubiany, taka chwila jak drogocenna perła chowana w szkatułce ważnych momentów. Usiadłam na kanapie, dziecię otulone w ciepły koc jak w kokon przytuliło się ze wszystkich sił a ja śpiewałam jej cicho pieśni uwielbienia. Pusty, cichy dom, wiatr szumiący za oknem, i zwykłe słowa pieśni o chwale Baranka i mocy Boga. Uspokajający się coraz bardziej oddech dziecka, głowa przytulona do piersi, jakby wsłuchana w bicie mojego serca...tego nie da się z niczym porównać. Właśnie w takich momentach wiem, gdzie będzie moje miesce za jakiś czas. Właśnie wtedy odzywa się tęsknota, by to się działo już, teraz, za chwilę. Ale On zna czas. On wie kiedy. On ma najlepszy moment. A ja Mu ufam.













wtorek, 1 grudnia 2015

gru

  Czy my już mamy grudzień? niesamowite. Jestem zadziwiona, jak szybko leci ten czas- przed chwilą jeszcze byl wrzesień i pakowanie, listopad, czekanie i przylot, a tu już mamy grudzień! prawdopodobnie za kilka miesięcy będę zdziwiona, że już minęło pół roku albo rok od przyjazdu. 
   Co u mnie? nadal pracuję, choć dziś przytrafiła się przykra niespodzianka. Jak każdego dnia wyruszyłam na przystanek żeby wsiąść do autobusu do pracy. I ten autobus...nie przyjechał. Powinien być 7:05,  a tu mijała 7:17 a ja nadal w tym samym miejscu. Bardzo nieprzyjemne poczucie tego, że nie wiem co mam robić plus blokada, żeby cokolwiek zrobić. Ja, która w Polsce potrafiłam odkręcić wszystko, przemienić punkt widzenia, ba, nawet odwrócić bieg rzeki gdy trzeba było to mogłam. a tu...no nic, bezsilność totalna, brak pomysłów i reakcji na sytuację. I to właśnie uczy prostoty serca oraz tego, że nie wszystko ode mnie zależy. tak po prostu, czasem trzeba odpuścić. i to jest wygrana trochę innego rodzaju, ale jednak - wygrana ze sobą.
  

piątek, 27 listopada 2015

here i am

Jestem w Anglii, i żyję bardziej niż intensywnie. Można by nawet powiedzieć, że nieco niedomagam z powodów zmęczenia i stanu około-chorobowego. codziennie wstaję do pracy na 7:40 (ale żeby ogarnąć i dojechać wstaję o szóstej), wieczorami często coś się dzieje, jakieś spotkanie, ludzie albo rozmowa przez komunikator internetowy z Polską. dzieje się więcej niż dużo, a ja nie ogarniam ogromu łaski jaką Bóg tutaj wylewa. I jest On bardzo wierny, wszystkim swoim obietnicom. Jestem tu i teraz, dokładnie tam, gdzie miałam być. jest pięknie :) (idę spać, bo  jeszcze chwila i będę miała mega deficyt snu na jutrzejszy poranek). mua! welcome in England! :) 


czwartek, 26 listopada 2015

just a week!

  Dokładnie tak! jestem tu tydzień, a bilans zysków, strat i wszystkiego jest już całkiem pokaźny :) Trudno uwierzyć, że to tylko tydzień! siedem dni, 

  Nadal pracuję, jutro również, i najbardziej ekscytuje i cieszy mnie fakt, że jutro pracujemy  - uwaga - do trzynastej! to się dopiero nazywa zaczynać weekend w dobrym stylu, prawda? :) Cóż sie dzieje oprócz tego? wczoraj była środa, więc spędziłam bite trzy godziny wieczorem na mesengerze, prowadząc video-rozmowę z praktycznie całą rodziną w Polsce. Ale - ale wcześniej wracałam z pracy. Prawie na piechotę, ponieważ żeby wróć z mojej pracy trzeba jechac dwoma autobusami. Jednym dojechać do centrum miasta, a stamtąd z bus station dalej na osiedle, na którym w tej chwili mieszkam. i tak oto prosto z pracy szłam sobie ulicą w dół w kierunku miasta, co zajęło mi jakieś 25 minut naprawdę powolnym tempem. Muszę przynać, że sprawiło mi to niezłą radość, ponieważ uświadomiłam sobie, że jest to pierwsze popołudnie, kiedy nigdzie się aż tak nie spieszę, nikt mi nie towarzyszy, nie muszę rozmawiać czy mówić jak się mam po przyjeździe tutaj. Totalnie prosty czas, ze zwykłymi przyjemnościami, jak zaglądanie ludziom w niezasłonięte okna (taki nawyk, którego nie mogę się pozbyć, zawsze lubiłam patrzeć we wnętrza domów z chodników, szczególnie w okresie Bożego Narodzenia), oglądanie innej architektury, czy radość odkrywania nowych dróg i ścieżek. Siłą rzeczy byłam w domu później niż zwykle, ale było warto.
  Dziś rano też jechałam pierwszy raz sama do pracy, i to autobusem. Ja wiem, że to wyczyn niewielki, ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że jestem w obcym mieście, w innym kraju, muszę się dostać do pracy (i jeszcze pokaźny kawałek dojść nie wiadomo w jakim kierunku!), i nie wiem czy zdążę na czas. Oczywiście, że się udało, pan kierowca był nieprzeciętnie miły, powiedział że krzyknie jak będzie mój przystanek, w ogóle podśpiewywał sobie pod nosem (ale słyszalnie ;)), i do dziesiątki wysiadającej na jednym z przystanków pojedynczo zwracając się do każdego z osobna, powiedział a to miłego dnia, a to dziękuję za podróż, piękny kapelusz, miej się dobrze. Było to dla mnie naprawdę bardzo budujące i karmiące duszę ;) dojechałam bez problemów, pan kierowca wysadził mnie w odpowiednim miejscu jeszcze instruując gdzie powinnam się udać. Cudnie, ot co :) 
  Chciałabym jeszcze dopisać, że po kilku rozmowach w pracy wynikło, że wiele osób pracujących po przyjeździe tutaj czekało na pracę około dwa miesiące. Więc jak tu nie wierzyć w Bożą Opatrzność, gdy ja tak po prostu z dnia na dzień trafiłam na pracę? :)
  Jutro pobudka szósta rano, zatem see you soon :) 
 

piątek, 20 listopada 2015

hello, i'm looking for work

 Przyjechałam wczoraj, i zasadniczo mam już pracę :) jasne, że dorywczą jasne, że nieskomplikowaną, ale jednak :)  Przyjechałam wczoraj, i wczoraj wieczorem Z. już naciskała nieco na kwestie szukania pracy, ogarniania wszystkiego. Pospisywane namiary, telefony, wysłane aplikowanie do college'u, wyjaśnione kwestie banku, finansów, national insurance number. Wszystko to kilka godzin po przylocie!
  Miałam dzisiaj rano dzwonić do agencji pracy, ale..zaspałam. Nie wiem czy to pogoda, stres, podróż czy cokolwiek (a może to wszystko naraz?) ale wstałam dopiero po dziesiątej, jak prawdziwa królewna. I nieco odwlekałam telefonowanie, usprawiedliwiając się. Dlaczego nie dzwoniłam? Bo się bałam! Wiadomo, taka prosta rozmowa jest jednak sporym wysiłkiem dla kogoś, kto języka uczył się kilka lat temu, a używał go jeszcze dawniej, jeśli w ogóle można tu mówić o używaniu. Ale to jest właśnie kwintensencja tego wyjazdu tutaj - ciągłe wychodzenie ze strefy komfortu i bezpieczeństwa, ciągłe wystawianie siebie na wyśmianie, ciągłe przerażenie tym, żę tu jestem i wcale nie znam tej rzeczywistości. I ciągle ratuje mnie myśl, że skoro Bóg mnie tu chciał w tym czasie - to On jest ciągle ze mną i ma kontrolę nad tym wszystkim. I tak, recepta na tą całą sytuację jest tylko jedna: zaufać i krok po kroku, powolutku iść z Nim do przodu.   
  Zatem - podzwoniłam, umówiłam sie na rozmowy i rejestrację, pojechałam tam z Z. W jednej agencji na recepcji kobieta pytała po angielsku, pomimo że słysząłam jak wychodzi z pokoju mówiąc po polsku. Za chwilę zajął się mną Polak. Wypełniłam papiery, test, rozmowę i miałam to za sobą, pół na pół posługująć się dwoma językami. Druga agencja - odmienna sytuacja. Zero polskiego, tylko angielski. I o dziwo, dostałam pracę  :)  W poniedziałek 7:45 a.m. - kolejne wyzwanie, bo muszę tam dotrzeć, pogadać i pracować do 5 p.m. Ale co tam - dam radę :)  


  On nie robi niczego ponad to, co dam radę unieść na już. Przede mną nowy dzień - sobota. Potrzebuję jakiś drobnych zakupów, jak choćby safety shoes (do pracy), kosmetyków i innych rzeczy potrzebnych na tu i teraz.

wtorek, 10 listopada 2015

idzie nowe

eh...najprościej chyba będzie po prostu napisać cokolwiek, zacząć, znowu zacząć bez przepraszania, bez rozpisywania się, jak to wiele się zadziało, jak szybkie było tempo i wszystko. najprościej będzie też zacząć od wersji obrazkowej, z dodatkowymi objaśnieniami. a zatem...

tak właśnie wracałam w lipcu z Anglii. i muszę to powiedzie głośno - latanie jest dla mnie ogromną przyjemnością, toteż zamierzam sobie tą przyjemność fundować tak często jak się da :) 


moje własne urodziny, ostatni kawałeczek ciasta. w sumie to wiadomo, jak w życiu.


 zauroczył mnie swoim widokiem. sekundy, gdy autobus zatrzymuje się na przystanku, a wystarczyły. otworzyły się drzwi, a moim oczom ukazał się człowiek, który coś tam sobie szkicował/gryzmolił w dużym notesie. bardzo mnie ten widok zatrzymał - bo jak często widuje się taki obrazek?

 Warszawa. może nie superksiężyc (bo tego przespałam), ale piękny, wielki jak bochen chleba księżyc. swoją drogą, co jakiś czas taki piękny okrągły księżyc wywołuje we mnie skojarzenie z okrągłą białą Hostią, z Chlebem Żywym

reanimacja komputera, póki co zakończona zgonem pacjenta. ale też możliwe, że czeka go zmartwychwstanie, kto wie, wszak nadzieja umiera ostatnia ;) 

ciemną nocą, pod osłoną chmur i myśli, pojawił się przed oczami ten oto napis (w całości brzmiał music is everything, ale czasem jedno słowo niesie więcej niż całe zdanie) WSZYSTKO. co to znaczy WSZYSTKO?

nowe oczy. pełne nieba

ech...no tak. wyprawa, nowa droga po nogami. wydaje się, że na długo...

święta prawda i tylko prawda

ta pani nie wie, że zrobiłam jej zdjęcie. do tej pory nikt nie wiedział, że ja sama chciałam mieć zrobione takie zdjęcie jak to.

kolejna prawda, aktualna jak nigdy dotąd.

wtorek, 11 sierpnia 2015

jesteś odpowiedzialny za to, co oswoisz

 Dzieje się tak dużo! tak dużo, że brakuje tchu w płucach,  w głowie trwa ciągła gonitwa myśli a każda komórka ciała prawie eksploduje.
 Wróciłam z Anglii. I chyba nie mogę powiedzieć, że cała i zdrowa, bo mam wrażenie, że zostawiłam tam kawałek serca. Przede mną kilka decyzji do podjęcia, ale przede wszystkim ważniejsza jest droga, droga we mnie, którą ruszyłam. Na przykład?
 Pierwsze z brzegu: uświadomiłam sobie, że nie lubię siebie. Może nie w całości, ale jednak - są rzeczy, które mi szalenie przeszkadzają, uwierają mnie od środka, zabierają komfort i prostą radość z życia. wiiięęęc.. :) więc zaczęłam coś robić. oswajam się ze swoim obrazem na zdjęciach. przyglądam się swojemu ciału w lustrze. próbuję nie być dla siebie zbyt surowa i mieć w zanadrzu dobre słowo dla siebie samej. jeżdżę na rolkach i rowerze. ładnie się ubieram i uśmiecham do ludzi. taka prosta terapia, która nie kosztuje ani grosza, ale za to sporo wewnętrznego wysiłku. ale już jest lepiej. widzę cel, widzę horyzont i wschodzące słońce jutrzejszego dnia, więc będzie dobrze ;)
 Obejrzałam wczoraj ładny film animowany "Song of the sea". Dzieło prosto z rąk duńsko-irlandzkich. i jestem zachwycona: prostotą kreski, pięknem delikatnych kolorów, żartobliwymi postaciami, akcentami głosów postaci, w końcu muzyką, tak przyjemną dla ucha i duszy. skończył się film a we mnie został spokój, uporządkowanie, wyciszenie. i to chyba najlepiej świadczy o jakości tego filmu.
 Dziś byłam w kinie na Małym Księciu, stąd też tytuł dzisiejszego postu. kolejny dobry film, wychodziłam z kina z lżejszym sercem, prostszym myśleniem i czystszą duszą. zatem -polecam. a oswajanie? oswajam swoje życie. wciąż i wciąż, kawałek po kawałeczku. 



sobota, 4 lipca 2015

tu i teraz

   Jesteśmy ulepieni z chwil, z nanosekund, z momentów, kiedy patrzymy, oddychamy i czujemy. I w zasadzie tylko to się liczy, bo przyszłość z definicji jeszcze nie istnieje. Zatem uciesz się światłem, uśmiechem, muzyką, miłością, tym, że udało się zdążyć na autobus, że lekarz okulista był taki miły i delikatny, że księżyc tak pięknie świeci, że można zrobić sobie koktajl malinowo-jagodowo-bananowy. Proste rzeczy. Wszystko, co wypełnia Twoją codzienność, wszystko to jest Tobą, wypełnia Ciebie, nadaje sens. 
   Dziś był jeden z takich dobrych dni, kiedy to mimo pośpiechu w załatwianiu pewnych spraw to jednak było w tym piękno, cel i jakość. Spotkałam się dziś z I. - i muszę przyznać, że bardzo mi brakowało rozmowy z nią, śmiechu i ironii, szczerości i dobroci płynącej z serca. Cieszę się, że ją mam -mniej lub więcej- obok siebie, już od tylu lat.  I pomimo konkluzji nieco depresyjnych, o związkach, nie-związkach, braku perspektyw i szarości, to ja jednak w środku czuję inaczej, właśnie odwrotnie - że są ciągle szanse i nadzieja na nowe, bo ciągle żyjemy, oddychamy i czujemy. i naprawdę wszystko jest możliwe i wszystko może się wydarzyć. Może jestem naiwną optymistką z dużą walizką romantyzmu pod pachą, ale tak, tak właśnie uważam. I myślenie moje może się zmienić jedynie na lepsze :) 


albo jeszcze bardziej to:




maj 2015, gdzieś nad Liverpoolem


maj 2015, gdzieś w chmurach :) 

czwartek, 2 lipca 2015

więcej

Tak, dokładnie tak. Wciąż i wciąż, zachwyt niezmiennie. Zachwycam się Jego drogą, którą mnie prowadzi. Bywa ciężko, w zasadzie każdego dnia przytrafia mi się potknięcie. Ale nie wpływa to w ogóle na Jego wierność i dobroć dla mnie. Jedyne co mogę zrobić, to przeczekać te chwile niepewności we mnie, i z nadzieją pielęgnować zaufanie do Niego. Bo jest dobry. Nieskończenie dobry i wierny.

w telegraficznym skrócie: ponad tydzień temu byłam na dobrym koncercie Mate.o.  Tyle słów i melodii, które znam od dawna, a które tak bardzo dotknęły serce właśnie tego wieczoru! tak dobrze było stać pod sceną, w ciemnym, pachnącym zielenią parku, pod granatowym niebem skrzącym się gwiazdami i słuchać, słuchać i słyszeć...
 wcześniej było Uwielbienie, które zakończyło się zakwasami. tak! właśnie tak - jeśli trzeba - mogę mieć zakwasy dla Pana Boga. bo On kocha szaleńców. On szaleje za tymi, którzy potrafią oddać wszystko co w danej chwili mają - dobre myśli, śpiewający głos,  wdzięczne serce, tańczące ciało - oddać wszystko dla Niego. 
 znalazły się finanse na wyjazd. za tydzień o tej porze będę w Anglii! dzieją się rzeczy, o których nawet nie potrafiłabym wymyślić czy zaplanować. i jestem w pełni przekonana, że będą się działy jeszcze większe! czekam. po prostu żyję i czekam na więcej :) 



czerwiec 2015, Białystok



czerwiec 2015, Białystok




środa, 17 czerwca 2015

dobry jest święty Bóg gdy dobroci we mnie brak..

Dokładnie  tak jak w tytule, całkiem mocno to odczuwam. Jestem knąbrna, nieposłuszna,  zachowuję się dziecinnie i bywam zła  na cały świat. A mimo to On pozostaje wierny i dobry. To właśnie oznacza Miłość. 

Dzień po dniu mija mi czas, dosyć równo odmierzany  przez dni pracujące. Niestety nie zapowiada się by było trochę luźniej, aż do urlopu. Mimo to jestem wdzięczna za całe dobro wokół mnie i we mnie. W sobotę wpadłam do Warszawy  i był to mega błogosławiony czas łaski. W zasadzie mogę jedynie ciągle powtarzać : "łaska łaska łaska". Bo wszystko co mam to jedynie łaska Boża. Cudowne i zaskakujące warszawskie  24/7, dobry czas w pracy, najbliżsi ludzie blisko mnie, dzisiejsze urodziny chrześniaka.  Cuda, małe cuda. 


niedziela, 31 maja 2015

szukaj przygody nim wszystko przeminie

   Turnau sobie tak śpiewał, pamiętam. Lubiłam te piosenki, ten czas. Trochę się zapowiada na powroty do intensywności, czerpania pełnymi garściami, zapychania sobie buzi całymi garściami czereśni, ubrudzonych stóp w sandałach, muzyki w nocy i przesiadywania na balkonie. Już się dużo dzieje, i chyba przez ten nadmiar emocji i myśli, i uczuć i wydarzeń, najzwyczajniej w świecie ciężko składnie i po kolei o tym mówić. Będzie zatem skrót ostatniego sezonu:

  • nie dość, że byłam za darmo z koleżanką w kinie, to jeszcze potem znalazłyśmy w sumie 80 złotych
  • jeżdżę nałogowo rowerem
  • śpiewam wszędzie uwielbiając Boga
  • a wspominałam już,  że byłam w Anglii? :)
   Ano właśnie, to chyba największy news ostatniego czasu. W lutym rozmawiałyśmy o tym z koleżanką, a potem jakoś tak wyszło, że pomimo mojego niedowierzania okazało się, że dostanę wolne w tym terminie, i kasy wystarczy na bilety, i wszystko jakoś się tak doskonale składa do wyjazdu. Toteż pojechałam, na majówkę dokładnie. i było tak cudownie, że nie potrafię o tym składnie i z sensem opowiadać. Działy się tam cuda, najprostsze i najzwyczajniejsze, miłość w czystej postaci. 











   Dziś z kolei byłam w lesie. Poszłyśmy z koleżanką na... zbieranie młodych pędów sosnowych. Podobno można z tego uczynić jakiś super świetny syrop, toteż zamarzyło mi się spróbować. Wybrałyśmy się do lasu - i nie żałuję. Te kilka godzin wśród drzew wystarczyło, by się zresetować. Stąd też decyzja, by uskuteczniać podróże małe i duże, cieszyć się życiem dopóki jest mi dane. A na razie mam w pokoju masę zielonych miękkich igiełek, które suszą się i pachną w całym pokoju...dobrze się będzie spało.


i jeszcze nowi Mumfordzi tak ładnie brzmią po nocy:


wtorek, 7 kwietnia 2015

nie wie po co ta śrubka a zbuduje most

rozkręciłam komputer, wyciągnęłam wszystko, a potem składałam całość modląc się w duchu, by niczego nie zepsuć. duma mnie rozpiera, bo nie została mi nawet jedna dodatkowa jedna śrubka ani część i jeszcze działa! :D czuję się jak chirurg po operacji gdy sprawdził, że pacjent ma się dobrze i niczego mu nie uszkodził :D
  #jestęśruborkętę

wtorek, 31 marca 2015

reszty nie trzeba

   Czekanie ma swoją cenę. Płaci się walutą mieszaną: niepewnością, poddenerwowaniem, rozbudzoną nadzieją i zbyt wielką ilością myśli i uczuć. bo chciałabym by cena już była zapłacona, rachunek uiszczony, by można było pójść do domu z zamówieniem i jeść lody, przytulać i chodzić na spacery, spać na balkonie i opowiadać marzenia. jeździć na rowerze i próbować nowych smaków. cieszyć się jak wariaty na widok podwójnej tęczy i całować ostatnie kropelki deszczu. dzielić się ostatnim gryzem jabłka i leżeć na trawie czytając mądre książki lub patrząc na równie mądre chmury na niebie. 
   Widać jeszcze nie wydałam wszystkich drobnych.


   "Można przejść przez każde piekło, można przeżyć każdą tyranię, można wydostać się z każdego bagna i z każdej udręki, jeśli istnieje choć odrobina pewności czy choćby nadziei, że gdzieś istnieje człowiek, który chodzi tak samo jak ty, oddycha tak samo jak ty, tak samo cierpi, poszukuje czy walczy pozostając czystym." M. Hłasko, "Cmentarze"



marzec 2015, Warszawa



marzec 2015, Białystok





środa, 11 marca 2015

mała stabilizacja / wielka stagnacja

Tak brzmiał tytuł roboczy notki w mojej głowie. Tytuł został, treść się nieco zmieniła. 
Przychorowałam, i to srogo, bo od soboty się pozbierać nie bardzo potrafiłam. W poniedziałek pognałam do pracy wiedziona obowiązkiem i odpowiedzialnością, bo druga z nas miała wolne. ale we wtorek wolne miałam na szczęście ja, i do tego jeszcze bonusowy urlopowy dzisiejszy dzień (mam często wyrzuty sumienia, że jak ja mam wolne nadprogramowe to A. pracuje sama - i cieszę się ogromnie, że jest normalna i wyrozumiała- wszak lepiej wyleczyć i przyjść dzień potem, niż siedzieć w pracy a i tak pożytku ze mnie niewiele).  i te dwa dni wystarczyły, by mnie postawić na nogi. ba, nawet więcej - zresetowałam się, wyczyściłam dysk, i oto system zrestartowany pracuje ciszej, sprawniej by się wydawało, w sposób bardziej konkretny i efektywny. a potrzeba było tylko albo aż zwolnienia w czasie, dospania kilku godzin, normalnie zrobionego samodzielnie obiadu, wypicia paru herbat i wyklarowania myśli, oraz ukoronowania tegoż czasu czyli wanny z gorącą wodą i dodatkami w blasku świec. o tak o. i zadziałało to na mnie nadzwyczaj dobrze - pozbierałam się do całości, wyostrzyłam wzrok na najbliższą przyszłość i mam siły ruszać dalej. 
ale ale - ze zdziwieniem muszę przyznać, że jestem swego rodzaju pracoholiczką. nie ma się z czego śmiać, bo jak widać nie trzeba pracować w korpo by mieć z tym problem - wystarczy mieć domową pracownię handmade'ów. i tak wracając z regularnej pracy wchodziłam do domu i nie robiłam nic innego, jak pracowałam dalej, nad kolejnym projektem. i to jest zuo, tak właśnie. to jest właśnie moja mała stabilizacja - wszystko tak samo, niby z poczuciem bezpieczeństwa ale bez dobrego paliwa. bo jasne, że cieszę się z nowej bransoletki, pięknych kolczyków czy kolii, które to wyszły spod moich rąk i radują innych, ale to przecież nie jest pełnowartościowe paliwo, na którym dojadę dalej, do celów większych niż tylko zarabianie na utrzymanie. i to jest właśnie moja wielka stagnacja - bo niby wszystko ok, znowu na właściwych torach, a tak naprawdę wyniszczam siebie, nie odżywiam się dobrze tylko jakkolwiek, nie rozwijam czytając książki czy poznając coś nowego tylko tłukę kolejny serial bo łatwiej się przy nim pracuje. schowały się priorytety i rzeczy ważne, a na pierwszy plan wyszły krzykliwie ubrane duperełki, uśmiechające się nienaturalnie umalowanymi ustami i potakujące, że niby wszystko jest ok. ano nie jest najwidoczniej, sporo moje ciało padło na kilka dni. i ciężko było to z siebie zmyć, zdjąć. na szczęście mam skuteczne metody demakijażu i demaskowania tego wszystkiego, co jest nieprawdziwe i niedobre dla mnie samej. 
pora najwyższa powalczyć o dobre życie.

niedziela, 8 marca 2015

absolutnie chora

Jestem chora. Absolutnie. Od wczoraj przespałam chyba z 18 godzin, i niby jest lepiej, ale ewidentnie wychodzi ze mnie choróbsko. Do tego jestem z jednej strony rozradowana postawą przyjaciół, od których dostałam obiad (z dostawą pod drzwi!), a z drugiej strony zażenowana postawą innych, którzy mieli coś załatwić ale tego nie zrobili, przez co na mojej głowie ciągle spoczywa załatwienie kilku spraw, i to zdalnie z domu :( jestem smutna,  chora i zrezygnowana. I wiem jedno - żadna z nas nie powinna się tak czuć w dzień kobiet. Dziękuję, idę spać dalej. 

sobota, 7 marca 2015

a miało być tak pięknie

taaak. w mojej głowie są dwie piękne notki. jest tylko jedno ale - właśnie ostatkiem sił pożeram kanapkę z czosnkiem, za chwilę popiję ją fervexem, i na deser jeszcze czeka herbata z miodem, imbirem, cytryną i czym tam jeszcze. prawdopodobnie za chwilę po prostu pójdę spać, natarta jakimiś cudownymi nalewkami od przyjaciół. taki czas mnie spotkał. przesilenia. chociaż też myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć ;)   

ps. mimo to wieczór był piękny: gdyby ktoś rano mnie spytał to bym w życiu nie zgadła, że dwie godziny temu będę siedzieć na wygodnej kanapie, zajadać gałeczkę pysznych lodów i grać z pewnym młodym w warcaby. do tego dobra muzyka, jakaś bossa nova. i powoli płynąca rozmowa z przyjaciółmi. doskonały czas. i tak, tak właśnie jest - poprzeplatane, dobra kawa i kaszel, piękna adoracja Jezusa w kaplicy wspólnotowej i zimny powrót z gorączką. radość rozmawiania i chwilowy stan prawie usypiania na stojąco. taki czas.



Białystok, kwiecień 2014

czwartek, 19 lutego 2015

mój przyszły mąż ma przerąbane

      Zdradzę mały sekret, sekrecik w zasadzie niewielki. Mój przyszły Mąż ma przerąbane.
  Otóż...mój mąż będzie bardzo zapracowanym człowiekiem, ponieważ będzie musiał zajmować się ciągle naszymi dziećmi.  Dlaczego? ano nie dlatego, że jestem wyrafinowaną emancypantką czy feministką z krwi i kości, tylko dlatego, że szalenie i przeogromnie jestem zafascynowana widokiem mężczyzn, którzy idą na spacer za rękę z małym dzieckiem; którzy wycierają chusteczkami umorusane buzie; którzy głaszczą po głowach małe dziewczynki; którzy prowadzą arcypoważne męskie rozmowy z małymi chłopczykami; którzy przytulają i chronią w ramionach, całując rozbite kolano czy podrapany łokieć. Wystarczy mi pokazać taki obrazek na ulicy i już, wsiąkłam bezpowrotnie. Będę stała jak wryta, ukradkiem i nieświadomie podpatrując, szeroko otwierając oczy z zachwytem, łapiąc oddech i te cząsteczki szczęścia pojawiające się znikąd.
    Ja wiem, że to może dziwne, ale nie mogę oderwać wzroku od piękna i cudowności tych scen. Dlatego właśnie mój mąż będzie zajmował się naszymi dziećmi, ponieważ ja będę wpatrzona w tą świętą codzienność. 



Różanystok, sierpień 2015

niedziela, 18 stycznia 2015

Bridget Jones & Edmund Hillary

   mmm. no to tak. czasem są takie dni, gdy w dresiku człapiesz do apteki i bierzesz wszystkie przeciwkatarowe cudowne pigułki i proszki, potem przenosisz się do sklepu i kupujesz chipsy, a jak już znajdziesz się w domu to czujesz się jak Bridget Jones, zakopana w pościeli, pełna chipsów i przygnębienia, oglądasz jakie bzdurne filmy na komputerze. tak właśnie było wczoraj. zaś dzisiaj ogarnęłam się w domu, ubrałam całkiem składnie, wybrałam się do kościoła na Eucharystię, a wieczorem siedziałam w studyjnym kinie i oglądałam film Everest w 3d. i patrzyłam na Edmunda Hillary'ego, który stawał się dziś dla mnie jednym z niezwyciężonych. lubię w sobie i Bridget, i Edmunda. 

   To nie górę pokonujemy, lecz siebie.
                                                             Edmund Hillary


 październik 2014, Lublin


październik 2014, Lublin

niedziela, 11 stycznia 2015

szerokość serca

   Gdyby ktoś się zastanawiał, gdzie się zapodziałam na ostatnie trzy dni to byłam tam, gdzie mnie ciągnęło serce - na rekolekcjach z ojcem Adamem Szustakiem. Od wielu lat nałogowo już słucham i czytam wszystko, co tylko wyjdzie z jego gęby, a jeszcze dodatkowo innym opowiadam i spamuję ich skrzynki mailowe nowymi konferencjami czy kazaniami. 
  Zatem nic dziwnego, że można mnie było złapać na rekolekcjach, zwłaszcza, że odbywały się one na moim własnym podwórku - ba, nawet organizatorami byliśmy my, nasza paczka - Fundacja ze Wspólnotą. i wszystko by było normalne, i wszystko by było zwyczajne, gdyby nie fakt, że gdy czekaliśmy na sesję uwielbienia (posługiwałam śpiewem w diakonii uwielbienia) to przyszedł Ojciec, popatrzył na mnie i rzekł, że chyba się skądś znamy. do tego, dorzucił moje imię. moje właściwe imię, co było niesamowicie dziwne - bo się nie znamy, nigdy nie napisałam choćby maila, a żeby było śmieszniej - dwa lata temu w Białym on zrobił tą samą akcję - gdy przyszłam przed konferencją się z nim przywitać, podziękować za wszystko to, czego słuchałam do tej pory i co zmieniało moje życie; to on właśnie wtedy znów zapodał tekst: " a Ty to chyba jesteś E." i było jeszcze dziwniej, gdy przez całe trzy dni zaskakiwał mnie gdy mówił że mam nazwisko na taką literę, jak w rozmowie nie dziwił się niczemu tylko mówił: "no tak, ja to wszystko przecież wiem." no totalnie niesamowite. wczoraj mieliśmy okazję z nim posiedzieć, po skończonych modlitwach i konferencjach, przy własnoręcznie upieczonych ciastach, owocach i coli. po prostu siedzieć i gadać z nim, śmiać się i poznawać jakim dobrym jest człowiekiem, jak normalnym i wyjątkowym Bożym Mężem jest ten zakonnik.
  a dziś były jeszcze dwie akcje, o których ciężko będzie zapomnieć: po konferencji wiele osób robiło sobie z nim zdjęcia, zamieniało choćby dwa słowa, prosiło o modlitwę. i tak stał sobie, cierpliwie pozwalając ludziom nacieszyć się jego obecnością. była jednak taka chwila, gdy podniósł swoją głowę, spojrzał prosto na mnie (śpiewaliśmy w tym czasie na scenie) i się uśmiechnął. tak po prostu, od ucha do ucha, serdecznie. jakbyśmy dzielili jakąś tajemnicę, szczególne sekundy. drugi moment był wtedy, gdy diakonia chciała mieć wspólne z nim zdjęcie - stanął centralnie za mną i jeszcze położył mi dłonie na ramionach! jestem pewna, że w  tym czasie się za mnie modlił. zatem mam zdjęcie, gdzie przy trzydziestu osobach w kadrze on stoi najbliżej jak tylko się da. i nawet S. dziś zapodała, że "Pan Bóg szczególnie włożył cię w jego serce".
  i wyjechał, w pośpiechu, goniąc na kolejne rekolekcje, do kolejnych ludzi, by uczyć ich jak kochać. by pokazywać Miłość większą niż cokolwiek w nas samych. by opowiadać ludziom, że można kochać będąc słabym, niedoskonałym i takim jakim się jest. że tak naprawdę liczy się nie to, co robimy, jak robimy i ile dajemy innym, tylko liczy się nasze szerokie serce, nasza umiejętność kochania. mówił, że Bóg szuka w nas tylko tego. i gdy naprawdę próbujesz kochać, gdy ciągle przylegasz do Boga, gdy nie liczy się dla Ciebie nic innego jak tylko Ten, który umarł za Ciebie- Bóg właśnie wtedy wypełnia w twoim życiu swoją niesamowitą rzeczywistość, spełnia Twoje najskrytsze pragnienia, to wszystko, czego byś się nawet nie spodziewał. pamiętaj, szerokość serca...
i nie wiem tylko dlaczego czuję się tak, jakby mi dziś kawałek tego serca wyrwano i wywieziono do Gdańska, gdzie ojciec zaczął dziś następne rekolekcje.


styczeń 2015, Białystok

sobota, 3 stycznia 2015

"Dlaczego nie jestem już tą dawną, dziką, zuchwałą, wolną dziewczyną, która umiała śmiać się ze zniewag, zamiast szaleć z rozpaczy! Dlaczego tak się zmieniłam..."

to tak tylko szybciutko: pierwszy raz odkąd tu mieszkam w moich oknach (w bloku:P) wiatr zawodzi tak bardzo, że aż gwiżdże żałośnie za szybą tuż przy parapecie. jeszcze tylko gdybym miała drzewo z gałęziami tak mocno bijącymi w szyby to scenerię bym miała rodem z Wichrowych Wzgórz Emily Brontë. no nie da się inaczej, to skojarzenie bardziej naturalne niż oddech.
 nadrabiałam dziś książkowo-filmowe zaległości, i idę spać usatysfakcjonowana. Pratchett i Złodziejka książek jako duet z dzisiejszego wieczoru. ta'jest. 
a tytuł posta wzięty oczywiście od Katy z Wichrowych. szalona kobieta to była :) dnoc.



 listopad 2014, Lublin

czwartek, 1 stycznia 2015

all is quiet on New Year's Day...a world in white gets underway...

dzień dobry, nadal żyję. bywa ze mną bardziej niż różnie, więc cóż tu się rozpisywać.  nastąpi zatem skrót odcinka, by dalej pójść w świetlaną, bo moją własną i niczyją inną przyszłość. zatem:

- rozmowa z wybrańcem przebiegła dobrze, choć bez  (nie)spodziewanego happy endu. ślubu nie będzie  ;)  ale nadal się kumplujemy, zatem wynik jest dodatni i nie było ofiar w ludziach. naprawdę - muszę przyznać, że to zaskakujące i orzeźwiające - odkryć, że jednak to nie działa tak, jak kiedyś - skoro cię nie chce, to jesteś słabeuszem, nikim, brzydulą, brakuje ci więcej niż wiele by być z jego kategorii. a tu - proszę bardzo, zaskoczenie. bo po rozmowie (kluczowe kwestie poszły od razu na pierwszy ogień i już po 10 minutach wiedziałam na czym stoję, ale mimo to gadaliśmy o wszystkim innym jeszcze porządną godzinę), otóż po rozmowie zamknęłam za nim drzwi (wcale nie metaforycznie), popatrzyłam w lustro wiszące w przedpokoju i ze wzruszeniem ramionami i uśmiechem pomyślałam - w porządku, może być i tak. i wiecie, naprawdę tak może być  :)  jest jeszcze czas na wszystko, i najważniejsze w tym wszystkim jest to, że się odważyłam - ja wiem, że to odkrycie na poziomie gimnazjum ale jednak - odważyłam się i końca świata nie było. co więcej, ruszyłam dalej więc w pewnym sensie świat dopiero się zaczął :) a poza tym - nikt mi nie wmówi, że nie warto czekać na takiego Mężczyznę, który będzie miał w sobie tą odwagę zaryzykować, odkryć siebie i zapytać. także ten, będzie dobrze ;) 

- czas mija mi szybko, zbyt szybko. w zasadzie niby przed chwilą zaczynałam półroczny staż, a tu już został mi ostatni miesiąc pracy na trzymiesięcznej umowie podpisanej po stażu. i co dalej? Bóg jeden raczy wiedzieć, bo ja niekoniecznie. trzeba się tą kwestią zająć, ot co.

- i byłam na Hobbicie. trzecia część tyłka nie urywa, totalnie. jest...znośna, jeśli patrzy się przez pryzmat bajki. Wiadomo było od początku, że to nie Tolkien i że nie ma co się jeżyć na szczegóły i niespójności z książkami. ale nie będę tu smarować recenzji, kto zobaczy ten będzie miał swoje własne zdanie na ten temat. ja za to muszę udokumentować kilka faktów: nie spałam przed maratonem za dużo - dzień wcześniej do trzeciej w nocy robiłam bransoletkę na zamówienie (nigdy więcej przed świętami - w następnym roku zamykam zamówienia na tydzień przed świętami i kropka) potem po pięciu godzinach snu do pracy, a potem szybko na imprezę wigilijną do znajomych i od razu na nocny maraton filmowy, czyli trzy części hobbita. i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten brak czasu, snu i oddechu pomiędzy tym wszystkim - miałam okropne przeboje z taksówkami, a potem gdy dojechałam do kina, okazało się że to inne kino...tak, na dwa heliosy w mieście wybrałam nie to, które trzeba było; więc jechałam kolejną taksą, już z nastawieniem wszystko mi jedno i że to najgorszy tydzień w całym tym roku. dojechałam, obejrzałam, nie zasnęłam ani razu :)  no i jeszcze jeden zaskakujący fakt - pan wybraniec też był, i o dziwo zawrócił mnie z ruchomych schodów kombinując mi podwiezienie do domu - że nawet jeśli nikt nie jedzie w moją stronę (jak twierdziłam), to on może tam jechać, nie problem. zaskoczył mnie, muszę przyznać. i o szóstej trzydzieści rano myślałam sobie, już wchodząc do domu że wiem dlaczego mi na nim zależy, że wiem jakimi cechami przyciąga mnie do siebie. ale że z nim nici póki co, to przynajmniej wiem jaki ten mój człowiek ma być. o tako  :) 


grudzień 2014, godz.6:30, Białystok

- święta dla odmiany były znośne - w poprzednich latach non stop życzyli mi obrony mgr, pracy, męża, chłopaka, partnera, szczęścia, zdrowia, pieniędzy, i wszystkiego innego co tylko im przyszło do głowy. w tym roku - jakby ciszej z durnymi życzeniami (bo czyż posiadanie 'partnera' jest naprawdę wyznacznikiem mojej wartości i tego, czy jestem szczęśliwa?) [dygresja na marginesie - ostatnio w rozmowie telefonicznej M. rozgadał się o swoim odkryciu: otóż nie jest ważne co robisz w życiu, czy jesteś kominiarzem czy prezesem, jesteś dobry, uczynny, miły czy też rzucasz się na ludzi, ranisz ich i jesteś hiper-egoistą. otóż - najważniejsze jest po prostu to, że JESTEŚ. to stanowi twoją wartość, istotę. i muszę przyznać, że te słowa wypuszczają we mnie nie tylko korzenie, ale już nawet młode pędy :) bo czyż to nie jest wyzwalające? po prostu jestem, niezależnie od uczynków, od cech, od myśli, błędów czy też wspaniałości. chyba nawet któryś święty poszedł z tą myślą dalej i powiedział coś w stylu: jestem niczym więcej i niczym mniej niż tym, kim jestem w oczach Boga. jakoś tak  :) i z tym was pozostawię, koniec dygresji]. taaak...zatem wracając do świąt...były spokojne, bez większych trosk czy spin, bez kłótni i burzliwych wydarzeń. wręcz przeciwnie- były leniwe, płynęły jak spokojna rzeka, niosąc mnie w swoim delikatnym nurcie. potem zaś nastąpiły intensywne dni inwentaryzacji w pracy (w rozmowie telefonicznej przejęzyczyłam się i powiedziałam że mamy inkwizycję - blisko, c'nie? :P) a potem...potem był sylwester. 


grudzień 2014, Białystok 

- sylwester. miałam wolne, niespodziewanie. i ranek był bardzo fajny, warty odnotowania. otóż  przeciągasz się, wstajesz sobie, tak po prostu, robisz śniadanie i siedzisz dwie godziny przy stole, jedząc spokojnie wypasioną jajecznicę i czytając książkę. serio - wieki tego nie robiłam. nie spiesząc się nigdzie i do nikogo, nie zastanawiając się gdzie właśnie jestem spóźniona i co jeszcze jest do zrobienia - nieważne. po prostu spędzasz czas ze sobą. i stąd przyszła myśl o tym, by w tego sylwestra nie biec do ludzi, nie robić tego co zwykle. i zostałam w domu, sama ze sobą i z Panem Bogiem do towarzystwa :)  muszę przyznać, że to był dobry czas. odkrywania radości w tym, że JESTEM i że On JEST (obok mnie;)) 

- co dalej? będzie nowe, to pewne. nic już nie jest takie samo, bo ja nie jestem taka sama. wszystko się zmienia, i ten rok też zmieni wiele. zamierzam strzec tego czasu jak ostatniej butelki domowego podpiwku mojej mamy i korzystać najlepiej jak się da z obydwu dobrodziejstw :) bo przecież te zwykłe rzeczy są najcenniejsze :) 

ps. a w tytule U2, idealne by zacząć ten nowy rok. i nawet był śnieg za oknem.



grudzień 2014, Białystok