Tak brzmiał tytuł roboczy notki w mojej głowie. Tytuł został, treść się nieco zmieniła.
Przychorowałam, i to srogo, bo od soboty się pozbierać nie bardzo potrafiłam. W poniedziałek pognałam do pracy wiedziona obowiązkiem i odpowiedzialnością, bo druga z nas miała wolne. ale we wtorek wolne miałam na szczęście ja, i do tego jeszcze bonusowy urlopowy dzisiejszy dzień (mam często wyrzuty sumienia, że jak ja mam wolne nadprogramowe to A. pracuje sama - i cieszę się ogromnie, że jest normalna i wyrozumiała- wszak lepiej wyleczyć i przyjść dzień potem, niż siedzieć w pracy a i tak pożytku ze mnie niewiele). i te dwa dni wystarczyły, by mnie postawić na nogi. ba, nawet więcej - zresetowałam się, wyczyściłam dysk, i oto system zrestartowany pracuje ciszej, sprawniej by się wydawało, w sposób bardziej konkretny i efektywny. a potrzeba było tylko albo aż zwolnienia w czasie, dospania kilku godzin, normalnie zrobionego samodzielnie obiadu, wypicia paru herbat i wyklarowania myśli, oraz ukoronowania tegoż czasu czyli wanny z gorącą wodą i dodatkami w blasku świec. o tak o. i zadziałało to na mnie nadzwyczaj dobrze - pozbierałam się do całości, wyostrzyłam wzrok na najbliższą przyszłość i mam siły ruszać dalej.
ale ale - ze zdziwieniem muszę przyznać, że jestem swego rodzaju pracoholiczką. nie ma się z czego śmiać, bo jak widać nie trzeba pracować w korpo by mieć z tym problem - wystarczy mieć domową pracownię handmade'ów. i tak wracając z regularnej pracy wchodziłam do domu i nie robiłam nic innego, jak pracowałam dalej, nad kolejnym projektem. i to jest zuo, tak właśnie. to jest właśnie moja mała stabilizacja - wszystko tak samo, niby z poczuciem bezpieczeństwa ale bez dobrego paliwa. bo jasne, że cieszę się z nowej bransoletki, pięknych kolczyków czy kolii, które to wyszły spod moich rąk i radują innych, ale to przecież nie jest pełnowartościowe paliwo, na którym dojadę dalej, do celów większych niż tylko zarabianie na utrzymanie. i to jest właśnie moja wielka stagnacja - bo niby wszystko ok, znowu na właściwych torach, a tak naprawdę wyniszczam siebie, nie odżywiam się dobrze tylko jakkolwiek, nie rozwijam czytając książki czy poznając coś nowego tylko tłukę kolejny serial bo łatwiej się przy nim pracuje. schowały się priorytety i rzeczy ważne, a na pierwszy plan wyszły krzykliwie ubrane duperełki, uśmiechające się nienaturalnie umalowanymi ustami i potakujące, że niby wszystko jest ok. ano nie jest najwidoczniej, sporo moje ciało padło na kilka dni. i ciężko było to z siebie zmyć, zdjąć. na szczęście mam skuteczne metody demakijażu i demaskowania tego wszystkiego, co jest nieprawdziwe i niedobre dla mnie samej.
pora najwyższa powalczyć o dobre życie.