Nie przepadam za moją codzienną szamotaniną, bo jest bolesna. Ale są takie momenty, gdy smakuje najlepiej. Nieco gorzko, ale jednak smakuje. Jak teraz, siedząc na ławce w samym centrum Manchesteru, obserwując ludzi, spod przymkniętych lekko powiek, i słuchając muzyki, którą na żywo gra pewien młody chłopak. Ten instrument kojarzy mi się z merimbą, ale to tylko skojarzenie dźwiękowe, bo ten intrument ma struny. Pięknie gra, a dźwięki przeplatają się z głosami miasta - zgrzytami tramwajowych szyn, wielogłosem języków, krzykami dzieci. Chłonę każdy obraz, dźwięk, rozsmakowuję się we wszystkim i czuję, jak moje serce się uspokaja.
Mam ze sobą Słowo Boże, choć do ostatniej chwili walczyłam sama ze sobą czy nie zostawić Go w domu - wszak trochę waży. Ale wzięłam i teraz to Słowo z Jeremiasza w takiej chwili, czytane kolejny raz...Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie jak najlepiej. I w takiej chwili jak ta mam w sobie to przekonanie, że tak będzie. Absolutnie niecodzienna chwila, tak rzeczywista i odrealniona jednocześnie. Bo jak można dać takie Słowo: wszystko będzie jak najlepiej? nie, że jakoś tam albo że dobrze. Jak najlepiej.
ps. jakby ktoś chciał sobie posłuchać to na jutubie chłopak się nazywa John Haycock.
Manchester 2019
Manchester 2019

