pociągająca jestem. bardzo. pociągająca nosem. bierze mnie jesień, po całości mnie bierze. a że jestem ciężki przypadek do brania to tak sobie walczymy od kilku dni, ja i choróbsko.
sporo robię sobie przymusowe odsiadywanie w domu to czemuż nie miałabym napisać nowego postu?
gdyby jednak ktoś się spodziewał, że będzie wesolutko, w tonie podnoszącym na duchu i motywującym pozytywnie do działania - to się zdziwi. zresztą, może w gorączce plotę od rzeczy. a dzisiejszy post będzie o....cmentarzach :)
byłam w tym tygodniu na cmentarzu miejskim, gdzie jest pochowany mój przyjaciel. odszedł trzy lata temu, w niezrozumiałych dla mnie do tej pory okolicznościach. brakuje mi go, jego pokoju ducha i spokojnej radości, które miałam okazje poznać jako uczestnik i współtwórca różnych projektów fundacji; brakuje mi spokoju wypowiedzi i wiedzy, którą chętnie się dzielił jako prowadzący zajęcia na uczelni; brakuje mi jego osoby, wszystkiego co tworzyło go jako człowieka. zatem pojechałam na cmentarz, a że miałam w torbie aparat, więc skwapliwie z niego korzystałam strzelając pokątnie foty tu i tam, myśląc i myśląc, jaki to ten świat jest, kim jesteśmy wobec ogromu tajemnic życia i tak dalej, i tym podobne. wyszło z tego...słodko-gorzki miks, trochę poważny ale z dodatkiem uśmiechu. bo jak tu się nie uśmiechnąć do myśli, że nadzieja nie umiera nigdy?


bardzo podoba mi się światło i kolory jakie tam zastałam - standard, chyba zawsze, niezależnie od okoliczności, będę się cieszyć na widok takich liści i barw jakie są na drzewach w tle...mmm, chciałoby się w Bieszczady, oj chciałoby się...
nigdy nie rozumiałam idei wykupowania sobie miejsc/kwater na cmentarzach - ok, ludzie się zabezpieczają, oswajają ze śmiercią, są różne argumenty i powody - ale to ciągle wywołuje we mnie taki...fatalizm, taką myśl, że już niewiele zostało z tego życia, że człowiek już taki przygotowany i w zasadzie oczekuje tylko i wyłącznie tego. no nie wiem, nie potrafię o tym myśleć inaczej.
drzewo życia, jak nic - wszystkie etapy na nim się mienią - od zieloności pełnej energii, przez żółte i pomarańczowe dojrzewanie, poprzez czerwoną dorosłość i brązowy schyłek... taaaak...ja wiem, jestem mistrzem w filozofowaniu ;)
smutne. i boli. powstańcy, ludzie którzy walczyli o to, co najważniejsze i najcenniejsze - i co? 'eksmisja'? zasłużyli sobie na szacunek i spokój wieczny. a tu likwidacja. z powodu niewykupienia miejsca...niezrozumiałe dla mnie.
ludzie różne rzeczy wypisują na grobach bliskich - od "Bóg tak chciał" przez "spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą", po "kto żyje w sercu tych, którzy pozostają, nie umiera" i wiele innych (w zasadzie wybór jest nieograniczony, jak zauważyłam). ten napis nagrobny jest znaczący, bo jest umieszczony właśnie na tym szczególnym grobie, który odwiedzałam. niesie...emocje. i przekaz.
(na marginesie: drażniły mnie te sentencje nagrobne w większości (być może znamienne jest fakt, że to był cmentarz miejski/komunalny - wiele osób tam pochowanych było niewierzących - a za tym iść może mała liczba wezwań do Boga. najmilszy napis jaki znalazłam i pod którym sama mogłabym się podpisać brzmiał: Magnificat anima mea Dominum :))
to dodaje mi nadziei, bo mimo smutku, mimo tego, że coś się kończy, istnienie na tym świecie - to jest coś więcej, to jest w tym radość, bo za chwilę spotkamy Jego, i nie będzie już śmierci, bólu i smutku, bo będziemy z Nim :)