poniedziałek, 30 grudnia 2013

keep careful watch

wróciłam z kina. Hobbit oczywiście. film daje radę, choć wiadomo, że to film a nie czysty Tolkien jaki jest w książce. jeśli ma się to na uwadze - jest ok. 
dużo się dziwnych zbiegów dzieje przy okazji tego wypadu do kina. tu oczko, tam oczko, tu zawija się nitka i robi się ścieg, taki pełny, z sensem i wzorem - jak w szaliku albo swetrze. i jedyne co wiem, to to, że gdzieś tam w sercu na dnie mam pragnienie, by to była prawda, by to się działo i spełniało. by powstał ten sweter, którym będę mogła się otulić i już tak zostać. 


i Ed tak cicho nuci prosto w ucho: and if we should die tonight, we should all die together...



ps. na sylwestrowej liście jest 80 osób. wycinam papierowe wąsy i dopisuję nowe rzeczy do listy zakupów.

czwartek, 26 grudnia 2013

niech żyje bal...

oszalałam. robię sylwestra na 70 osób. są dwie opcje: albo będzie dobrze i przeżyję, albo umrę ale i tak będzie dobrze. tak czy inaczej: będzie dobrze.



 Białystok, grudzień 2010


 Lublin, grudzień 2011

czwartek, 12 grudnia 2013

mogłabym

żyje się raz. i można to zrobić na miliony sposobów, w zasadzie tyle sposobów co ludzi. można mieć wiele i nie mieć nic. można być mądrym, głupim, pięknym, nieśmiałym, marudą, entuzjastą wszystkiego, smutasem, kłamczuchem, kimkolwiek. ale ważniejsze jest to, czy coś robisz. bo:

“Fascynują mnie ludzie, którzy robią więcej, niż mówią. Mogłabym stać się kimś takim.” dzienniki Sylvii Plath 

niedziela, 17 listopada 2013

noc, a nocą gdy nie śpię...

gdy nie śpię to...patrzę. mam szeroko otwarte oczy. na nic mrużenie, zamykanie powiek, tarcie piąstkami, liczenie baranów. po prostu nie śpię. za to jutro będę nie do życia.

cytacik na dziś? ależ bardzo proszę. 
"Nadzieja jest czasem tak wielka, że nie można jej znieść."  Leonie Swann


Białystok, marzec 2011

poniedziałek, 11 listopada 2013

dzień niepodległości

dziś mam tylko jedną myśl: 
ktoś walczył i zwyciężył mimo wszystko po to, bym ja, dziś i teraz, mogła spokojnie wracać późnym wieczorem do domu, swojego własnego domu, nucąc pod nosem piosenkę w języku polskim, nie rozglądając się ze strachem w oczach za siebie, wciągając w płuca wraz ze świeżym powietrzem zapach placków jabłkowych napływający w nozdrza z jakiegoś otwartego okna.
i jedno słowo kołacze się po sercu: dziękuję. że żyję w wolnej Polsce.



piątek, 8 listopada 2013

replay

dzisiaj w zasadzie niewiele ze mnie jest...i tylko śpiewam sobie te kilka wersów, bo wleciały pod czaszkę i nie bardzo chcą wylecieć. Bobby the unicorn. standardowo, człowiek młodszy ode mnie a takie rzeczy robi. no cóż, trzeba się przyzwyczaić.

tak jak woda czasem zmieniam swój stan,
nie patrz na mnie krzywo tak
jak wszystkie duże drzewa skazy mam





środa, 6 listopada 2013

paskocząstki

"pokrój to na paskocząstki",tak właśnie rzekł kumpel, który ostatnio w domu mym robił mi osobiście pizzę. to tak gwoli wyjaśnienia tytułu. 
ale tytuł ten jest chyba dobry na mój obecny czas - wszędzie paskocząstki, drobniaczki, kawałeczki, cząsteczki i drobiazgi. 
i co najważniejsze - nie jest mi z tym źle. składam sobie to wszystko spokojnie do całości.


Lublin, grudzień 2011

czwartek, 31 października 2013

drobiazgi, czyli reszty nie trzeba

  szybko. wszystko się dzieje szybko, że nie ma chwili by pomyśleć dłużej, a mimo to wiele zapada w pamięć, negatyw obrazu odbija się  automatycznie w głowie, wszystko ląduje w odpowiedniej szufladzie z określoną fiszką i tagami. 
  a mimo to łatwo ucieka, znika z pierwszego planu, bo już oto pojawia się następne, nowe, zajmuje miejsce, reszta przemieszcza się w zastraszającym tempie w tło, blaknie i traci ostrość. tak żyjemy, taki mamy świat teraz. tak już jest. ale póki pamiętam, dopóki jestem w  stanie wrócić, zapisać, utrwalić - tak właśnie chcę.

perełki z ostatnich dni:

  • pan w obściślaczkach na rowerze, który mnie niesamowicie rozbawił
  • herbata z pędów malinowych (które dostałam od znajomego leśniczego ;)), koniecznie w zestawie z miodem z Suwalszczyzny (też skombinowanym przez znajomą rodzinę:))
  • wyczaiłam w jakim drzewie ma dziuplę pewna neurotyczna wiewiórka (możecie się śmiać - kilka razy na spacerze w parku (etat niania) przyłapałam tą wiewiórę na tym, że potrafiła kilka minut się mi przyglądać - serio!)
  • mały chłopczyk w kościele, który podszedł właściwie do wszystkich siedzących w ławkach w głównej nawie i podawał rękę na znak pokoju (trochę mu to zajęło, ale obraz mega ujmujący. na marginesie dodam, że księża chyba też załapali piękno tego zdarzenia - po mszy pożegnali się z tym chłopczykiem, machali mu rękami i uśmiechali się jak dzieci)
  • tekst U. o tym, że czasem zimno w ludziach. U: bo mają zepsuty termostat

jak przypomnę sobie jeszcze to dopiszę. a jakże. 



aula wydziału historyczno-socjologicznego, Białystok, maj 2009

piątek, 18 października 2013

Dla wszys­tkich star­czy miej­sca pod wiel­kim dachem nieba. (Edward Stachura)

pociągająca jestem. bardzo. pociągająca nosem. bierze mnie jesień, po całości mnie bierze. a że jestem ciężki przypadek do brania to tak sobie walczymy od kilku dni, ja i choróbsko. 
sporo robię sobie przymusowe odsiadywanie w domu to czemuż nie miałabym napisać nowego postu?
gdyby jednak ktoś się spodziewał, że będzie wesolutko, w tonie podnoszącym na duchu i motywującym pozytywnie do działania - to się zdziwi. zresztą, może w gorączce plotę od rzeczy. a dzisiejszy post będzie o....cmentarzach :) 
byłam w tym tygodniu na cmentarzu miejskim, gdzie jest pochowany mój przyjaciel. odszedł trzy lata temu, w niezrozumiałych dla mnie do tej pory okolicznościach. brakuje mi go, jego pokoju ducha i spokojnej radości, które miałam okazje poznać jako uczestnik i współtwórca różnych projektów fundacji; brakuje mi spokoju wypowiedzi i wiedzy, którą chętnie się dzielił jako prowadzący zajęcia na uczelni; brakuje mi jego osoby, wszystkiego co tworzyło go jako człowieka. zatem pojechałam na cmentarz, a że miałam w torbie aparat, więc skwapliwie z niego korzystałam strzelając pokątnie foty tu i tam, myśląc i myśląc, jaki to ten świat jest, kim jesteśmy wobec ogromu tajemnic życia i tak dalej, i tym podobne. wyszło z tego...słodko-gorzki miks, trochę poważny ale z dodatkiem uśmiechu. bo jak tu się nie uśmiechnąć do myśli, że nadzieja nie umiera nigdy




 bardzo podoba mi się światło i kolory jakie tam zastałam - standard, chyba zawsze, niezależnie od okoliczności, będę się cieszyć na widok takich liści i barw jakie są na drzewach w tle...mmm, chciałoby się w Bieszczady, oj chciałoby się...


 nigdy nie rozumiałam idei wykupowania sobie miejsc/kwater na cmentarzach - ok, ludzie się zabezpieczają, oswajają ze śmiercią, są różne argumenty i powody - ale to ciągle wywołuje we mnie taki...fatalizm, taką myśl, że już niewiele zostało z tego życia, że człowiek już taki przygotowany i w zasadzie oczekuje tylko i wyłącznie tego. no nie wiem, nie potrafię o tym myśleć inaczej.


drzewo życia, jak nic - wszystkie etapy na nim się mienią - od zieloności pełnej energii, przez żółte i pomarańczowe dojrzewanie, poprzez czerwoną dorosłość i brązowy schyłek... taaaak...ja wiem, jestem mistrzem w filozofowaniu ;) 


smutne. i boli. powstańcy, ludzie którzy walczyli o to, co najważniejsze i najcenniejsze - i co? 'eksmisja'? zasłużyli sobie na szacunek i spokój wieczny. a tu likwidacja. z powodu niewykupienia miejsca...niezrozumiałe dla mnie.


ludzie różne rzeczy wypisują na grobach bliskich - od "Bóg tak chciał" przez "spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą", po "kto żyje w sercu tych, którzy pozostają, nie umiera" i wiele innych (w zasadzie wybór jest nieograniczony, jak zauważyłam). ten napis nagrobny jest znaczący, bo jest umieszczony właśnie na tym szczególnym grobie, który odwiedzałam. niesie...emocje. i przekaz. 
(na marginesie: drażniły mnie te sentencje nagrobne w większości (być może znamienne jest fakt, że to był cmentarz miejski/komunalny - wiele osób tam pochowanych było niewierzących - a za tym iść może mała liczba wezwań do Boga. najmilszy napis jaki znalazłam i pod którym sama mogłabym się podpisać brzmiał: Magnificat anima mea Dominum :))     


to dodaje mi nadziei, bo mimo smutku, mimo tego, że coś się kończy, istnienie na tym świecie - to jest coś więcej, to jest w tym radość, bo za chwilę spotkamy Jego, i nie będzie już śmierci, bólu i smutku, bo będziemy z Nim :) 

środa, 16 października 2013

przerosło mnie serce, cały jestem wewnątrz (Rafał Wojaczek)

wcale nie śpię w łóżku sama. 
mam na to dowód - zdjęcie poniżej. 
tylko mimo wszystko tęsknię. za kimś. kto będzie.


Białystok, październik 2013



niedziela, 13 października 2013

a change is gonna come

dawno mnie tu nie było. trochę się działo, we mnie, wokół, tu i tam. ciągle się dzieje, ciągle się coś zmienia. w każdej nanosekundzie jestem innym człowiekiem, bezpowrotnie, permanentny stan istnienia. 
 rozmowy telefoniczne zajmują coraz więcej czasu. 
moje oczy są głodne obrazów jesieni, na które mogę patrzeć wciąż i wciąż, ciągle zafascynowana barwami z palety koron drzew. biegałam z aparatem po parku (pomimo pracy, ponieważ M. spała spokojnie w wózku, podczas gdy jej niania szczerząc zęby w niekontrolowanej radości pstrykała i pstrykała) 
spotkania z ludźmi nadal budują, rodzą nowe myśli, emocje i przekonania.
poszukiwania swojej drogi przybiera kolejne formy; dojrzewają nowe decyzje, modyfikacjom poddawane są stare.

ciągle coś mi się przypomina. jakaś anegdotka, wydarzenie, historyjka, wspomnienie związane z kimś (M. wyjeżdża na drugi koniec Polski - szalenie wiele mi się przypominało z naszych wspólnych przeżyć, i jak rzekła Cristina Yang o Meredith Grey z Chirurgów: "She's my person"). przy okazji od razu też przypomina mi się osoba, którą byłam wcześniej - odważna, niebojąca się podjęcia ryzyka i przygód, motywująca wszystkich i siebie do działania, wiecznie szukająca rozwiązania kłopotów i potrafiąca przetrwać najgorsze z myślą, że to minie i będzie lepiej. rzucająca się w wir wydarzeń, oddychająca pełną piersią i rozglądająca się za kolejną ciekawą rzeczą do nauczenia się, zrobienia, wypróbowania. tęsknię za tą osobą. dla jasności: nie żałuję tego, jaka jestem teraz, kim jestem teraz. nie, jest ok, w porządku, dojrzałam, nauczyłam się wiele nowego, zmieniłam się (a co najważniejsze dla mnie- nawróciłam, ale o tym innym razem). nie żałuję, tylko tęsknię za pewnymi cechami. przecież one tam gdzieś w środku są, zakurzone, może nieco mniejsze niż kiedyś, może bardziej wyblakłe wytarte na brzegach, ale są. muszę je odnaleźć. w końcu zmiany, wszędzie i ciągle zmiany... 

Białystok, maj 2012




I keep feeling smaller and smaller 

I need my girl
I need my girl...

sobota, 12 października 2013

Autumn, yeah!

tylko zdjęcia. co się będę rozpisywać, jak i tak wiadomo, że tu chodzi o obraz. no może jeszcze bonusowo piosenka: 









wszystkie zdjęcia:
 Białystok, październik 2013

poniedziałek, 30 września 2013

Kiedy leżę, nie nadaję się do wstania. (Miron Białoszewski)

Miało być radośnie, do podniesienia na duchu, z optymizmem na przyszłość, z lekkim spojrzeniem i pocieszająco. miało być.
cała niedziela jednak była tak paskudna, jak rzadko kiedy. wszystko się waliło na łeb na szyję, że w zasadzie już tylko pozostało mi czekać i patrzeć, co wybuchnie i rozsypie się następne w kolejności, by móc zakrzyknąć zrezygnowanym głosem: "cóż za piękna katastrofa!" i tak wciąż i wciąż, jak domino, ruszone z jednej strony, pędzące dalej, kostka po kostce do nieskończoności. oooo tak, optymizmu to tam nie było za grosz a nawet i złamanego centa nikt by nie rzucił.
ale ten dzień się skończył. marnie, bo marnie, ale przeszedł do historii. i czasem zdarzają się takie dni, i takie noce też się zdarzają, że trzeba je przetrwać, przeczekać je trzeba. zamknąć oczy i oddychać, skupiając się na kolejnym wypuszczeniu powietrza. i jeszcze raz, powoli wciągnąć powietrze do płuc i trzymać się w ryzach jedną myślą, że mija kolejna sekunda, i że za chwilę nie będzie następnej, i że to minie, i nie wróci, i nastanie nowe. a teraz chwilowo nieczynne, przepraszamy za usterki. zapraszamy jutro, otworzymy z rana. 




Darłówko, lipiec 2009

środa, 25 września 2013

keep your head up, keep your heart strong!

jest dobrze. czuję, że ten rok (formacyjny, bo akademicki już jest nie dla mnie) będzie bardzo dobry. czuję to w kościach, czuję to pod powiekami, czuję każdą komórką ciała. będzie dobry, nie dlatego, że ja teraz raptem stałam się jakaś wybitna, fenomenalna, cudowna i ponad formę. ja wiem, że to łaska, że niczym sobie nie zasłużyłam na taki stan rzeczy. a jednak za każdym razem gdy spojrzę na chwilę wstecz, to widzę, że wbrew wszelkim prawdopodobieństwom, obawom i czarnym scenariuszom (co więcej - wbrew logicznej kolei rzeczy) wszystko się jakoś dobrze układa. 
więc żyję sobie dniem dzisiejszym, czystą teraźniejszością z wdzięcznością patrząc na dany mi do przeżycia czas. jest dobrze. będzie dobrze :) 





Białystok, kwiecień 2013

piątek, 6 września 2013

zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń...

   wyobraź sobie, że wracasz późnym wieczorem do domu, czekasz na autobus, centrum miasta, ale wygląda jakby było opuszczone przez żywych - rozkopane, bo gdzie się nie rozejrzysz wszędzie wiele robót drogowych  - pieniądze unijne trzeba wydać, najlepiej wszystkie w tym samym czasie - więc mieszkańcy będą omijać remontowane centrum szerokim łukiem. i rzeczywiście, tu i ówdzie szybko znikają w cieniach przechodnie, spieszący do domów i własnych spraw. światła latarń palą się gdzieniegdzie, przestrzeń pusta i dziurawa, pełna niespodziewanych rozkopów i pułapek, czyhających na odważnych, którzy zdecydują się przejść. i nie wiadomo skąd rozlega się piękne gwizdanie, jak świergot ptaka - tak myślisz na początku. ale świergot narasta, zmienia się i raptem odkrywasz melodię, która płynie w plamach światła, melodię, która przedziera się przez beton i asfalt i przychodzi do człowieka delikatnie muskając policzki. i w końcu widzisz skąd dobiega gwizdana melodia - z ust cicho i spokojnie jadącego rowerem mężczyzny w czapce. jedzie tak majestatycznie i zwyczajnie zarazem, że zastanawiasz się czy przypadkiem nie płynie on w powietrzu swym pojazdem, sunie po trajektorii, którą przed chwilą wyznaczyła melodia. stoisz w zafascynowaniu, z szeroko otwartymi oczami i uszami, by nie uronić ani sekundy z tego widzenia, przecierasz oczy zafrapowany, myśląc czy to było przywidzenie, bo ów mężczyzna już zniknął za rogiem, już go tu nie ma, ale w powietrzu nadal brzmi oddalająca się właśnie świergotliwa melodia. melodia cichnie, ale twoje serce, wciąż zasłuchane, bije spokojniej. 

Ty to sobie wyobrażasz, a mnie to właśnie dziś spotkało. 
perełka nawleczona na sznur codziennych cudów.



Tykocin, sierpień 2013

czwartek, 5 września 2013

grateful

   o taaak. jestem dziś wdzięczna. tak wiele mam, tak wiele dostałam za nic. tak po prostu. od najprostszych rzeczy po najbardziej skomplikowane sprawy. tak wiele! i tak wiele przede mną! tak wiele do odkrycia, do zobaczenia, do przekonania się o tym czy owym, do poznawania nowego, do zmieniania starego... ;) czuję w tym ogromną wolność, prostotę podchodzenia do tego wszystkiego. tak trzeba. najlepsze w tym jest chyba to, że mam na to siłę. wiatr w żaglach, yeah! :) 

   ps. kilka dni temu w czasie rozmowy z pewnym księdzem rzuciłam w odpowiedzi hasło "ora et labora" i zostałam zapytana, czy tym się w życiu kieruję, czy to jest moje motto życiowe. a ja kurde nie wiem :)  znaczy wiem, że nie, że to (chyba) nie jest najważniejsza zasada mojego życia ale nie przychodzi mi żadna inna konkretna, jedyna. macie życiowe motto? ja nadal myślę nad swoim...



Kopna Góra, sierpień 2013

środa, 4 września 2013

ona...czyli ja?

   szybko ucieka każda chwila, niby zwykła codzienność, a potem zerkasz na kalendarz i widzisz, że minęło kilka dni, tydzień, i ze zdziwieniem odkrywasz, że już jest kolejny miesiąc. 
   znowu mamy wrzesień, i już nawet zaliczony pierwszy wieczór tej jesieni, kiedy chłód przenika wszystko wokół - założyłam ciepłe skarpetki, wciągnęłam sweter i otuliłam się kocem - nawet manewrowałam pokrętłem kaloryfera i dopiero po chwili dotarło do mnie, że jeszcze za wcześnie na sezon grzewczy. brr...winter is coming :> 
   w niedzielę był koncert wieńczący pewne warsztaty. wybrałam się, a i owszem. z torebką pod ręką, na obcasach. i już po pięciu minutach od wyjścia z domu zastanawiałam się dlaczego się tak ubrałam. przecież to zupełnie nie ja, ja chodzę w trampkach (albo  przynajmniej na płaskim obcasie), w wygodnych jeansach, z wielką torbą gdzie mieści się wszystko a nawet więcej. więc po cóż, pytam sama siebie, po cóż tak się męczyłam? skoro taka nie jestem, nie przystaję do tego wzorca, no to trudno, nie i już. mogę mieszać style, ubierać się w co chcę i kiedy chcę, wybierać wygodę ponad wygląd. mogę być sobą. tylko - pytanie finałowe naszego teleturnieju za pierdylion punktów: kim ja jestem? 



Kim jesteś, kogo w lustrze spotykasz co dzień 
Czego nie wiesz o sobie co wiesz, co kryje twoje serce
Kochanie nigdy nie jest za późno by żyć...

czwartek, 29 sierpnia 2013

prodżekt balkon

minęło mi pracowicie, robiłam, dłubałam i wyszło to oto  :) brak środków finansowych - więc wszystko właściwie wyszperane w domu. farba Montana Hardcore2 za 15 złociszy. uczciwie dodam, że za 4,50 kupiłam papierową taśmę klejącą do zabezpieczenia ram szafek. portfel lżejszy o 20 złotych i oto jest - balkon w nowym wydaniu. zamierzam się nim cieszyć do oporu, póki nie przyjdą srogie przymrozki :)

















a żeby było cudowniej dziś to podczas focenia efektów miałam na balkonie gościa :) pięknie się ten motyl komponował w tym wszystkim :) 

Białystok, sierpień 2013


środa, 28 sierpnia 2013

"za stary jestem dla pani...ale umówiłbym się!" :)

mężczyźni komplementują tak topornie, że nawet nie wiesz, że to komplement, a jak już się zorientujesz i dostaniesz takim tekstem, to jak obuchem w łeb :) 

dziś cudowna rozmowa ze starszym mężczyzną o męskiej odwadze; o odwadze z kieliszka i braku takiej zwyczajnej, na co dzień. no bo i co z tego, że ci odmówi? co z tego, że dostaniesz kosza? kto ma podejść - ona? ciągle powtarzam kumplom, że mądra kobieta, nawet mimo tego, że ci odmówi to nie zrani przy tym, a jedynie doceni to, że się odważyłeś. jeśli postąpi inaczej - nie była warta twojego wysiłku. proste. dziś ominęło mnie odmówienie, bo się gość nie odważył - jego strata ;) 

poza tym... mój balkonowy projekt powinnam nazwać "Jak zostałam smerfem", bo kolor jest... interesujący ;) mogłaby być ciemniejsza ta farba, ale cóż - pierwszy raz jestem graficiarzem ;)  no nic. wyschnie, dokończę, to pokażę co wyszło. 
dobrego!



Białystok, sierpień 2013

wtorek, 27 sierpnia 2013

booooli? dobrze, tak ma być, znaczy że pracuje i działa! i jeszcze raz!

  tak mawiał nasz trener klasy sportowej za każdym razem, gdy tylko jęczeliśmy że ciężko i że boli (rzeczywiście bolało - ćwiczenia na treningu miały to do siebie, że po 3 minutach napięcia nóg i całego ciała, miało się wrażenie że mięśnie pękają i coś się w nich rwie...) mimo to - za każdym kolejnym razem było inaczej, może odrobinę łatwiej. to tak tytułem wstępu.

  byłam głodna więc...kupiłam sobie chipsy. prawda, że to oczywiste? :> jak strasznie trudno wyjść ze starych nawyków, z myślenia, postępowania. ciągnie do durnych rozwiązań, szkodliwych zwyczajów, nierozważnych działań. to jest prostsze niż pomyślenie o czymś najpierw, zastanowienie się, podjęcie decyzji, która nie jest spełnieniem zachcianki a jest decyzją bazującą na logicznych argumentach i tym, co dla nas dobre. to nie jest łatwa droga, wymaga wysiłku. i nawet może nie wychodzić co jakiś czas, mogę upadać, potykać się, wracać na stare ścieżki - tak będzie, bo jestem tylko człowiekiem. ale Augustyn powiedział, że dopóki walczysz - jesteś zwycięzcą. jesteś? 

   mocny tydzień za mną, cała lawina przemyśleń i planów, pomysłów co robić ze sobą, co zacząć a za co się nie brać, co kontynuować i kim być, po prostu. kilka decyzji i kilka marzeń. ciekawe nie czy się uda, ale co się uda.

  pękł mój ulubiony kubek herbaciany (proszę się nie śmiać, tak - mam ulubione kubki do herbaty, inne do kawy, lubię spać w określonych pozycjach i nosić wyciągnięte swetry i bluzy, mam kilka książek do których jestem przywiązana i nie lubię jak ktoś zmienia miejsca położenia moich rzeczy, na przykład cienkopisów czy pędzli). pękł. ale czy to koniec świata? nie, będą inne, kolejne, kupione, ofiarowane, dzielone na pół z kimś, odziedziczone. i to jest właśnie to - wszystko się zmienia, pytanie jak na to patrzysz. możesz odpuścić i zrezygnowany ciągnąć się za tymi zmianami, jęczeć nad pękniętym kubkiem i wkurzać się na świat. możesz też z radosnym zaskoczeniem iść krok za krokiem ze zmianami u boku, samemu decydując co zrobisz z tym co masz i co się zmieni ;)


Białystok, sierpień 2013


   kiedyś na szkoleniu usłyszałam historyjkę o ogniu, który każdy z nas w sobie ma - jedni idą i podpalają strzechy, zostawiając za sobą popioły, a drudzy - drudzy niosą pochodnie, od których zapalane są ogniska, gdzie grzeją się inni ludzie, zapalają kolejne pochodnie, dają iskierkę światła na to, co ciemne; rozpalają innych, przez co na świecie robi się jaśniej. do których ludzi należysz? 


Puszcza Knyszyńska, wrzesień 2012

środa, 21 sierpnia 2013

Jak wspaniale, mimo wszystko!

Ja wanna, ja wanna, czy mnie słyszycie? :) długa kąpiel potrafi pomóc zmęczonemu ciału, a gdy jeszcze do kompletu dołoży się zapalone świece to woda i ogień rozjaśnią myśli.
  dziś, tak jak wczoraj pojechałam na roboty :P zwyczajnie, wspólnota podejmuje kolejne dzieło i potrzebne są wyremontowane budynki - rzecz w tym, że teraz na zewnątrz leżą hałdy gruzu. więc popołudniami pomagamy pakując cegła po cegle, na kolejne taczki, ładując kontenery. i wspaniałe jest to, że choć wracam zmęczona a na pośladkach mam zakwasy, to po łepetynie kołacze myśl, że jest dobrze. że tak powinno być, że zrobiłam coś dobrego. praca fizyczna przynosi niesamowitą satysfakcję. po prostu idziesz i robisz to, co jest właściwe i potrzebne na teraz, na daną chwilę. i tak chyba trzeba do życia podchodzić - robić to, co ważne i dobre, by potem - choć bywało ciężko i pokonać trzeba było różne trudności - móc powiedzieć za Pippi Langstrumpf: "Jak wspaniale jest żyć, mimo wszystko!"


Czuły Barbarzyńca, Warszawa, luty 2011

Sztuka niewysyłania wiadomości

   Pan Ochocki sponsoruje dziś tytuł postu, który pasuje jak ulał. 
   Ooo nie, jeszcze nie opanowałam sztuki niewysyłania wiadomości, nie walczenia o kogoś, a cierpliwego czekania. 
   Czekać na odpowiedź sms kilka godzin (a czasem noc czy kilka dni) to nie dla mnie, to jednak zbyt wiele. ja tak nie mogę, za bardzo się męczę. więc dziękuję, rezygnuję, pas, nie wezmę udziału w tym wyścigu. nie znam się, nie czaję. zbyt intensywne emocje nie adekwatne do wszystkiego. więc zawieszam wszelkie działania, bo jeśli coś ma się stać i być - to będzie, ale bez mojego ciągłego aktywnego wyprzedzania rzeczywistości. bo jeśli postanawiam sobie NIE pisać, NIE wychodzić do przodu, NIE angażować się, to gdy nie jestem wierna swoim postanowieniom -  jak inni mają mnie odbierać? tu chodzi o szacunek do samej siebie, o to by spojrzeć w lustro i móc powiedzieć - było ciężko, ale cholernie warto! 
  bo jestem warta walczenia o siebie samą i tego, by ktoś walczył o mnie. 



Białystok, wrzesień 2011

ps. dziś tu deszczowo a w głośnikach Katarzyna Groniec... Jesień już nawet nie puka delikatnie do drzwi, o nie, ona już energicznie szarpie za klamkę. 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

spokojnie, to tylko kolejny dzień




Supraśl, sierpień 2013


Keep the earth below my feet
For all my sweat, my blood runs weak
Let me learn from where I have been
Keep my eyes to serve and hands to learn
Keep my eyes to serve and hands to learn




czwartek, 15 sierpnia 2013

masz czas do końca życia

tytuł jest tekstem z wczoraj, zapożyczonym od U. Ma rację. na wszystko mamy czas do końca życia, na westchnienia że pięknie wokół, na śmiech pełną piersią, na czułość wylewającą się z oczu, na tęsknotę prosto z serca, na zasłuchanie w uroczej melodii, na wszystko. cała rzecz w tym, by nie liczyć na jutro tylko żyć dzisiaj, żyć najlepiej jak tylko się da. Stachura ciągle mi o tym przypomina, gdy tylko sięgam po jego teksty. 

Przez kilka dni miałam tu Przyjaciela, z którym dzielę już całkiem sporo wspomnień i myśli. 
wszystko miało sens, wszystko miało swoje miejsce, wszystko było warte przeżycia.
taka mozaika z drobnych szkiełek, a wszystkie tak samo ważne. szkiełka do doklejenia z ostatniego tygodnia:
> kierowca autobusu śpiewająca pod nosem piosenkę z radia
> noc na balkonie, spanie na kanapie
> "wyrywanie się do czegoś" i "wyrywanie go"
> klucz szybujących bocianów nad Suchowolą
> włóczenie się i fotografowanie w Tykocinie
> posługiwanie na trzydniowych śpiewem w czasie uwielbień, dużo radości i wolności
> nocna jazda rowerami po mieście oraz jazda synchroniczna na dwa rowery i trzy pary rolek
> przepyszne lody na rynku miejskim i uliczni muzycy grający 'Wonderful world' Armstronga
> spadające perseidy w szczerym polu w nocy
> pomost na jeziorze Serwy i to niesamowite poczucie spokoju i spełnienia


fragment pracy Hanny Kossakowskiej z wystawy Wypiski z niepamięci, Tykocin 2013



Upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być codziennym zdumieniem...


czwartek, 8 sierpnia 2013

piękne mamy tropiki tego lata

nic się nie chce. nic. leżeć i milczeć, spać i nie ruszać się. powietrze stoi, tak samo jak każda nowa myśl w głowie. wieczór dopiero przynosi orzeźwienie i świeżość. i człowiek po cichu oddycha, próbując odgadnąć, co mu się tam tliło w dzień.


maj 2013, Warszawa

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

bo nieodwaga lepiej brzmi

jak to jest z tym strachem i brakiem odwagi by czynić pierwszy i kolejny krok? że się człowiek tak potrafi zmieszać, stracić jakiekolwiek, choćby nikłe pokłady wiary i pewności siebie? przestraszyć się wysłania smsa, otrzymania odpowiedzi, odebranego telefonu czy zaproszenia na kawę?
ja wiem, ja wiem, że to wszystko siedzi w środku, w człowieku. i jak rdza, koroduje powoli, sprawiając, że tak trudno jest zaryzykować, zaufać i zrobić coś. i wystarczy chwila by z wysiłkiem odbudowaną śmiałość i ledwie się trzymającą pewność siebie zburzyć, roztrzaskać na kawałeczki, które potem znów mozolnie i z trudem zbiera się powoli, z palącym zawstydzeniem na twarzy i myślą w głowie, by jak najszybciej uciekać i się schować. 
dziś jest taka noc. z nieodpisanym smsem i zawstydzeniem w oczach.



warszawskie zdjęcie z tego roku, zrobione w czasie niespodziewanej ulewy. 
tu zabrakło odwagi by wcześniej wyciągnąć aparat i strzelić piękne zdjęcia przemoczonych ludzi. na niewielkie pocieszenie została ta fota, rozmazana, niewyraźna, nieskadrowana. 

sobota, 3 sierpnia 2013

powroty


dziś będzie tylko jedno zdjęcie. i jedna piosenka. Ben śpiewa i kołysze do snu. jest dobrze. wróciłam do siebie, i nie dotyczy to stwierdzenie tylko fizycznego miejsca i przemieszczania się. jest inaczej, we mnie jest inaczej, po tygodniu spędzonym z Bogiem, innymi ludźmi i samą sobą. czuję się taka, jaka powinnam, we właściwym miejscu i właściwym czasie. owszem, jest nieodwaga i pragnienia, marzenia i niespełnienia. ale już sobie ustaliłam deal z Tym na górze. On wie o wszystkim, a ja i tak zamierzam Mu często i namolnie przypominać o tym, co we mnie jest i czego jeszcze nie ma, a co tylko On potrafi zmienić. będzie dobrze. już trochę jest. oddychaj.












sobota, 27 lipca 2013

cieni chór odmilczał sto lat...


 co ja takiego w sobie mam, że wszystko psuję? że chcę dobrze, ale mimo to ranię ludzi wokół, i to tych najbliższych, najważniejszych. a potem cierpię sama, widząc ból jaki im sprawiłam. była dziś u mnie moja Mama, dziś wyjeżdżam na tydzień więc się dopakowuję w międzyczasie. coś burknęłam, ona oczywiście uniosła się honorem i dumą, od razu kierując się do drzwi. nie dziwi mnie to, mam tak samo (chyba po niej), ultraczułość na cokolwiek. 
  nie umiem świętować własnych urodzin. 
Poluzjanci na dziś, śpiewam razem z Kubą:




Koniec wieku, dorosnąć czas
a w człowieku wciąż na przekór
koniec wieku dziś przekraczam próg 
ale nie wiem dokąd iść...

ps. wracam za tydzień.




wtorek, 23 lipca 2013

Ze mną można tyl­ko w da­li zni­kać cicho

   Miałam wyrzucić fragment postu, który napisałam wczoraj,  ale może warto zachować te kilka zdań, bo stanowią początek tego, co jest dzisiaj.

  z wczoraj: Mam wrażenie, że jestem niepasującym elementem układanki, którego nie da się wcisnąć na siłę w puste miejsce, puzzlem, którego nie da się przyciąć, dokleić, przemalować. wszystkich wspieram, dla wszystkich jestem, pomagam, radzę, cokolwiek potrzeba. Staram się być dla innych, i pomimo, że nie zawsze mi wychodzi - próbuję. Ale mam ciągle wrażenie, że to inni żyją moim życiem, moimi marzeniami, pragnieniami, że to oni są tacy, jaka ja miałabym być, żyją tak, jak ja bym chciała.


zagubiona i inna jak ta mirabelka wśród śrubek i metalu
 (zdjęcie z przepastnego archiwum - przypomniałam sobie, że takie kiedyś zrobiłam)


z dzisiaj: to jednak nie do końca tak, jak wczoraj pisałam. wszak sama wielokrotnie powtarzałam, że każdy sam podejmuje konkretne decyzje, ponosząc wszelkie tego konsekwencje, robi pewne rzeczy, zmienia swoją rzeczywistość. więc skąd żal, że inni są tacy, jaka sama chciałabym być...? gdzieś głęboko pod skórą wiem. wiem to. być może po prostu potrzebowałam chwili narzekania, pogrzebania w tym błotku, pomarudzenia. ale to było wczoraj. a dziś puszczam sobie tą piosenkę myśląc o tym, że jutro wstanie nowy dzień. na szczęście. because...


But this time, this time
I’m gonna try it my way
I’m gonna live life my way...





niedziela, 21 lipca 2013

Anything you want to, do it

   Króciutko, bo mimo niedzieli i wolnego czasu ten ostatni całkiem zaplanowany jest. Od piątku miotają mną emocje prawie skrajne, od silnej radości i przebłysków szczęścia, po smutek i totalne depresyjne spojrzenie na świat. obijają się od ścianek serca, nabierają prędkości i stukają o siebie powodując wyładowania i iskrzenie. W piątek byłam u znajomych, młodego małżeństwa z małą córeczką - świętowaliśmy urodziny G, jeszcze-nie-trzydziestoletniego męża i ojca. zjawili się ich znajomi, przyjaciele - przy czym w tym gronie singlem byłam ja (w połowie doszły jeszcze dwie dziewczyny, ale one przyszły razem, jako kumpele - a wtedy jest jednak łatwiej). i tu jest miejsce na emocje - od tego poczucia pozytywnego spędzania czasu w doborowym towarzystwie, cieszenia się z tej chwili i miejsca, po smutek i 'oklapnięcie', że jestem tam sama, a tu wokół tacy sparowani, fajni ludzie, dzielący swoją codzienność ze sobą. W sobotę miałam dużo czasu dla siebie samej (tak tak, sprzątanie, wycieranie kurzów i porządkowanie swojej graciarni - idealny plan na sobotnie przedpołudnie, prawda? ;)), ale wieczorem pojechałam do znajomej i jej dziadków - wracałyśmy potem późnym wieczorem  przez łąki na autobus. dziś obiad z mamą, kościół i teatr wieczorny. jest nieźle, więc czemu tak mi w środku wszystko kołacze? może chodzi o to:



   zdjęcie stare, sprzed lat. może chodzi o dorastanie, zmienianie się w środku i na zewnątrz - jak te pomidory, dojrzewam w słońcu, zmieniam barwy i smak, miąższ jest bardziej mięsisty, wyraziste wnętrze...może. niewykluczone. a może potrzeba czasu, zwykłego czasu i cierpliwości, by stawało się to, co dobre, by wszystko zmieniało się na lepsze. ech, wciąż czuję, że te moje myśli są takie chaotyczne, niepozbierane, nieuchwytne jak liście na drzewie szarpane wiatrem.


a tytuł postu pochodzi z piosenki na dziś, 
"Pure Imagination" Jamie'go Cullum'a  z Abbey Road: 






If you want to view paradise
Simply look around and view it


Anything you want to, do it

Want to change the world, nothing to it

"Wszystko co chcesz, zrób to
Chcesz zmienić świat? Nic trudnego."
 yhym, to przecież takie proste...