Jestem w Anglii, i żyję bardziej niż intensywnie. Można by nawet powiedzieć, że nieco niedomagam z powodów zmęczenia i stanu około-chorobowego. codziennie wstaję do pracy na 7:40 (ale żeby ogarnąć i dojechać wstaję o szóstej), wieczorami często coś się dzieje, jakieś spotkanie, ludzie albo rozmowa przez komunikator internetowy z Polską. dzieje się więcej niż dużo, a ja nie ogarniam ogromu łaski jaką Bóg tutaj wylewa. I jest On bardzo wierny, wszystkim swoim obietnicom. Jestem tu i teraz, dokładnie tam, gdzie miałam być. jest pięknie :) (idę spać, bo jeszcze chwila i będę miała mega deficyt snu na jutrzejszy poranek). mua! welcome in England! :)
piątek, 27 listopada 2015
czwartek, 26 listopada 2015
just a week!
Dokładnie tak! jestem tu tydzień, a bilans zysków, strat i wszystkiego jest już całkiem pokaźny :) Trudno uwierzyć, że to tylko tydzień! siedem dni,
Nadal pracuję, jutro również, i najbardziej ekscytuje i cieszy mnie fakt, że jutro pracujemy - uwaga - do trzynastej! to się dopiero nazywa zaczynać weekend w dobrym stylu, prawda? :) Cóż sie dzieje oprócz tego? wczoraj była środa, więc spędziłam bite trzy godziny wieczorem na mesengerze, prowadząc video-rozmowę z praktycznie całą rodziną w Polsce. Ale - ale wcześniej wracałam z pracy. Prawie na piechotę, ponieważ żeby wróć z mojej pracy trzeba jechac dwoma autobusami. Jednym dojechać do centrum miasta, a stamtąd z bus station dalej na osiedle, na którym w tej chwili mieszkam. i tak oto prosto z pracy szłam sobie ulicą w dół w kierunku miasta, co zajęło mi jakieś 25 minut naprawdę powolnym tempem. Muszę przynać, że sprawiło mi to niezłą radość, ponieważ uświadomiłam sobie, że jest to pierwsze popołudnie, kiedy nigdzie się aż tak nie spieszę, nikt mi nie towarzyszy, nie muszę rozmawiać czy mówić jak się mam po przyjeździe tutaj. Totalnie prosty czas, ze zwykłymi przyjemnościami, jak zaglądanie ludziom w niezasłonięte okna (taki nawyk, którego nie mogę się pozbyć, zawsze lubiłam patrzeć we wnętrza domów z chodników, szczególnie w okresie Bożego Narodzenia), oglądanie innej architektury, czy radość odkrywania nowych dróg i ścieżek. Siłą rzeczy byłam w domu później niż zwykle, ale było warto.
Dziś rano też jechałam pierwszy raz sama do pracy, i to autobusem. Ja wiem, że to wyczyn niewielki, ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że jestem w obcym mieście, w innym kraju, muszę się dostać do pracy (i jeszcze pokaźny kawałek dojść nie wiadomo w jakim kierunku!), i nie wiem czy zdążę na czas. Oczywiście, że się udało, pan kierowca był nieprzeciętnie miły, powiedział że krzyknie jak będzie mój przystanek, w ogóle podśpiewywał sobie pod nosem (ale słyszalnie ;)), i do dziesiątki wysiadającej na jednym z przystanków pojedynczo zwracając się do każdego z osobna, powiedział a to miłego dnia, a to dziękuję za podróż, piękny kapelusz, miej się dobrze. Było to dla mnie naprawdę bardzo budujące i karmiące duszę ;) dojechałam bez problemów, pan kierowca wysadził mnie w odpowiednim miejscu jeszcze instruując gdzie powinnam się udać. Cudnie, ot co :)
Chciałabym jeszcze dopisać, że po kilku rozmowach w pracy wynikło, że wiele osób pracujących po przyjeździe tutaj czekało na pracę około dwa miesiące. Więc jak tu nie wierzyć w Bożą Opatrzność, gdy ja tak po prostu z dnia na dzień trafiłam na pracę? :)
Jutro pobudka szósta rano, zatem see you soon :)
piątek, 20 listopada 2015
hello, i'm looking for work
Przyjechałam wczoraj, i zasadniczo mam już pracę :) jasne, że dorywczą jasne, że nieskomplikowaną, ale jednak :) Przyjechałam wczoraj, i wczoraj wieczorem Z. już naciskała nieco na kwestie szukania pracy, ogarniania wszystkiego. Pospisywane namiary, telefony, wysłane aplikowanie do college'u, wyjaśnione kwestie banku, finansów, national insurance number. Wszystko to kilka godzin po przylocie!
Miałam dzisiaj rano dzwonić do agencji pracy, ale..zaspałam. Nie wiem czy to pogoda, stres, podróż czy cokolwiek (a może to wszystko naraz?) ale wstałam dopiero po dziesiątej, jak prawdziwa królewna. I nieco odwlekałam telefonowanie, usprawiedliwiając się. Dlaczego nie dzwoniłam? Bo się bałam! Wiadomo, taka prosta rozmowa jest jednak sporym wysiłkiem dla kogoś, kto języka uczył się kilka lat temu, a używał go jeszcze dawniej, jeśli w ogóle można tu mówić o używaniu. Ale to jest właśnie kwintensencja tego wyjazdu tutaj - ciągłe wychodzenie ze strefy komfortu i bezpieczeństwa, ciągłe wystawianie siebie na wyśmianie, ciągłe przerażenie tym, żę tu jestem i wcale nie znam tej rzeczywistości. I ciągle ratuje mnie myśl, że skoro Bóg mnie tu chciał w tym czasie - to On jest ciągle ze mną i ma kontrolę nad tym wszystkim. I tak, recepta na tą całą sytuację jest tylko jedna: zaufać i krok po kroku, powolutku iść z Nim do przodu.
Zatem - podzwoniłam, umówiłam sie na rozmowy i rejestrację, pojechałam tam z Z. W jednej agencji na recepcji kobieta pytała po angielsku, pomimo że słysząłam jak wychodzi z pokoju mówiąc po polsku. Za chwilę zajął się mną Polak. Wypełniłam papiery, test, rozmowę i miałam to za sobą, pół na pół posługująć się dwoma językami. Druga agencja - odmienna sytuacja. Zero polskiego, tylko angielski. I o dziwo, dostałam pracę :) W poniedziałek 7:45 a.m. - kolejne wyzwanie, bo muszę tam dotrzeć, pogadać i pracować do 5 p.m. Ale co tam - dam radę :)
On nie robi niczego ponad to, co dam radę unieść na już. Przede mną nowy dzień - sobota. Potrzebuję jakiś drobnych zakupów, jak choćby safety shoes (do pracy), kosmetyków i innych rzeczy potrzebnych na tu i teraz.
wtorek, 10 listopada 2015
idzie nowe
eh...najprościej chyba będzie po prostu napisać cokolwiek, zacząć, znowu zacząć bez przepraszania, bez rozpisywania się, jak to wiele się zadziało, jak szybkie było tempo i wszystko. najprościej będzie też zacząć od wersji obrazkowej, z dodatkowymi objaśnieniami. a zatem...
tak właśnie wracałam w lipcu z Anglii. i muszę to powiedzie głośno - latanie jest dla mnie ogromną przyjemnością, toteż zamierzam sobie tą przyjemność fundować tak często jak się da :)
moje własne urodziny, ostatni kawałeczek ciasta. w sumie to wiadomo, jak w życiu.
zauroczył mnie swoim widokiem. sekundy, gdy autobus zatrzymuje się na przystanku, a wystarczyły. otworzyły się drzwi, a moim oczom ukazał się człowiek, który coś tam sobie szkicował/gryzmolił w dużym notesie. bardzo mnie ten widok zatrzymał - bo jak często widuje się taki obrazek?
Warszawa. może nie superksiężyc (bo tego przespałam), ale piękny, wielki jak bochen chleba księżyc. swoją drogą, co jakiś czas taki piękny okrągły księżyc wywołuje we mnie skojarzenie z okrągłą białą Hostią, z Chlebem Żywym
reanimacja komputera, póki co zakończona zgonem pacjenta. ale też możliwe, że czeka go zmartwychwstanie, kto wie, wszak nadzieja umiera ostatnia ;)
ciemną nocą, pod osłoną chmur i myśli, pojawił się przed oczami ten oto napis (w całości brzmiał music is everything, ale czasem jedno słowo niesie więcej niż całe zdanie) WSZYSTKO. co to znaczy WSZYSTKO?
nowe oczy. pełne nieba
ech...no tak. wyprawa, nowa droga po nogami. wydaje się, że na długo...
święta prawda i tylko prawda
ta pani nie wie, że zrobiłam jej zdjęcie. do tej pory nikt nie wiedział, że ja sama chciałam mieć zrobione takie zdjęcie jak to.
kolejna prawda, aktualna jak nigdy dotąd.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










