Gdyby ktoś się zastanawiał, gdzie się zapodziałam na ostatnie trzy dni to byłam tam, gdzie mnie ciągnęło serce - na rekolekcjach z ojcem Adamem Szustakiem. Od wielu lat nałogowo już słucham i czytam wszystko, co tylko wyjdzie z jego gęby, a jeszcze dodatkowo innym opowiadam i spamuję ich skrzynki mailowe nowymi konferencjami czy kazaniami.
Zatem nic dziwnego, że można mnie było złapać na rekolekcjach, zwłaszcza, że odbywały się one na moim własnym podwórku - ba, nawet organizatorami byliśmy my, nasza paczka - Fundacja ze Wspólnotą. i wszystko by było normalne, i wszystko by było zwyczajne, gdyby nie fakt, że gdy czekaliśmy na sesję uwielbienia (posługiwałam śpiewem w diakonii uwielbienia) to przyszedł Ojciec, popatrzył na mnie i rzekł, że chyba się skądś znamy. do tego, dorzucił moje imię. moje właściwe imię, co było niesamowicie dziwne - bo się nie znamy, nigdy nie napisałam choćby maila, a żeby było śmieszniej - dwa lata temu w Białym on zrobił tą samą akcję - gdy przyszłam przed konferencją się z nim przywitać, podziękować za wszystko to, czego słuchałam do tej pory i co zmieniało moje życie; to on właśnie wtedy znów zapodał tekst: " a Ty to chyba jesteś E." i było jeszcze dziwniej, gdy przez całe trzy dni zaskakiwał mnie gdy mówił że mam nazwisko na taką literę, jak w rozmowie nie dziwił się niczemu tylko mówił: "no tak, ja to wszystko przecież wiem." no totalnie niesamowite. wczoraj mieliśmy okazję z nim posiedzieć, po skończonych modlitwach i konferencjach, przy własnoręcznie upieczonych ciastach, owocach i coli. po prostu siedzieć i gadać z nim, śmiać się i poznawać jakim dobrym jest człowiekiem, jak normalnym i wyjątkowym Bożym Mężem jest ten zakonnik.
a dziś były jeszcze dwie akcje, o których ciężko będzie zapomnieć: po konferencji wiele osób robiło sobie z nim zdjęcia, zamieniało choćby dwa słowa, prosiło o modlitwę. i tak stał sobie, cierpliwie pozwalając ludziom nacieszyć się jego obecnością. była jednak taka chwila, gdy podniósł swoją głowę, spojrzał prosto na mnie (śpiewaliśmy w tym czasie na scenie) i się uśmiechnął. tak po prostu, od ucha do ucha, serdecznie. jakbyśmy dzielili jakąś tajemnicę, szczególne sekundy. drugi moment był wtedy, gdy diakonia chciała mieć wspólne z nim zdjęcie - stanął centralnie za mną i jeszcze położył mi dłonie na ramionach! jestem pewna, że w tym czasie się za mnie modlił. zatem mam zdjęcie, gdzie przy trzydziestu osobach w kadrze on stoi najbliżej jak tylko się da. i nawet S. dziś zapodała, że "Pan Bóg szczególnie włożył cię w jego serce".
i wyjechał, w pośpiechu, goniąc na kolejne rekolekcje, do kolejnych ludzi, by uczyć ich jak kochać. by pokazywać Miłość większą niż cokolwiek w nas samych. by opowiadać ludziom, że można kochać będąc słabym, niedoskonałym i takim jakim się jest. że tak naprawdę liczy się nie to, co robimy, jak robimy i ile dajemy innym, tylko liczy się nasze szerokie serce, nasza umiejętność kochania. mówił, że Bóg szuka w nas tylko tego. i gdy naprawdę próbujesz kochać, gdy ciągle przylegasz do Boga, gdy nie liczy się dla Ciebie nic innego jak tylko Ten, który umarł za Ciebie- Bóg właśnie wtedy wypełnia w twoim życiu swoją niesamowitą rzeczywistość, spełnia Twoje najskrytsze pragnienia, to wszystko, czego byś się nawet nie spodziewał. pamiętaj, szerokość serca...
i nie wiem tylko dlaczego czuję się tak, jakby mi dziś kawałek tego serca wyrwano i wywieziono do Gdańska, gdzie ojciec zaczął dziś następne rekolekcje.