niedziela, 18 stycznia 2015

Bridget Jones & Edmund Hillary

   mmm. no to tak. czasem są takie dni, gdy w dresiku człapiesz do apteki i bierzesz wszystkie przeciwkatarowe cudowne pigułki i proszki, potem przenosisz się do sklepu i kupujesz chipsy, a jak już znajdziesz się w domu to czujesz się jak Bridget Jones, zakopana w pościeli, pełna chipsów i przygnębienia, oglądasz jakie bzdurne filmy na komputerze. tak właśnie było wczoraj. zaś dzisiaj ogarnęłam się w domu, ubrałam całkiem składnie, wybrałam się do kościoła na Eucharystię, a wieczorem siedziałam w studyjnym kinie i oglądałam film Everest w 3d. i patrzyłam na Edmunda Hillary'ego, który stawał się dziś dla mnie jednym z niezwyciężonych. lubię w sobie i Bridget, i Edmunda. 

   To nie górę pokonujemy, lecz siebie.
                                                             Edmund Hillary


 październik 2014, Lublin


październik 2014, Lublin

niedziela, 11 stycznia 2015

szerokość serca

   Gdyby ktoś się zastanawiał, gdzie się zapodziałam na ostatnie trzy dni to byłam tam, gdzie mnie ciągnęło serce - na rekolekcjach z ojcem Adamem Szustakiem. Od wielu lat nałogowo już słucham i czytam wszystko, co tylko wyjdzie z jego gęby, a jeszcze dodatkowo innym opowiadam i spamuję ich skrzynki mailowe nowymi konferencjami czy kazaniami. 
  Zatem nic dziwnego, że można mnie było złapać na rekolekcjach, zwłaszcza, że odbywały się one na moim własnym podwórku - ba, nawet organizatorami byliśmy my, nasza paczka - Fundacja ze Wspólnotą. i wszystko by było normalne, i wszystko by było zwyczajne, gdyby nie fakt, że gdy czekaliśmy na sesję uwielbienia (posługiwałam śpiewem w diakonii uwielbienia) to przyszedł Ojciec, popatrzył na mnie i rzekł, że chyba się skądś znamy. do tego, dorzucił moje imię. moje właściwe imię, co było niesamowicie dziwne - bo się nie znamy, nigdy nie napisałam choćby maila, a żeby było śmieszniej - dwa lata temu w Białym on zrobił tą samą akcję - gdy przyszłam przed konferencją się z nim przywitać, podziękować za wszystko to, czego słuchałam do tej pory i co zmieniało moje życie; to on właśnie wtedy znów zapodał tekst: " a Ty to chyba jesteś E." i było jeszcze dziwniej, gdy przez całe trzy dni zaskakiwał mnie gdy mówił że mam nazwisko na taką literę, jak w rozmowie nie dziwił się niczemu tylko mówił: "no tak, ja to wszystko przecież wiem." no totalnie niesamowite. wczoraj mieliśmy okazję z nim posiedzieć, po skończonych modlitwach i konferencjach, przy własnoręcznie upieczonych ciastach, owocach i coli. po prostu siedzieć i gadać z nim, śmiać się i poznawać jakim dobrym jest człowiekiem, jak normalnym i wyjątkowym Bożym Mężem jest ten zakonnik.
  a dziś były jeszcze dwie akcje, o których ciężko będzie zapomnieć: po konferencji wiele osób robiło sobie z nim zdjęcia, zamieniało choćby dwa słowa, prosiło o modlitwę. i tak stał sobie, cierpliwie pozwalając ludziom nacieszyć się jego obecnością. była jednak taka chwila, gdy podniósł swoją głowę, spojrzał prosto na mnie (śpiewaliśmy w tym czasie na scenie) i się uśmiechnął. tak po prostu, od ucha do ucha, serdecznie. jakbyśmy dzielili jakąś tajemnicę, szczególne sekundy. drugi moment był wtedy, gdy diakonia chciała mieć wspólne z nim zdjęcie - stanął centralnie za mną i jeszcze położył mi dłonie na ramionach! jestem pewna, że w  tym czasie się za mnie modlił. zatem mam zdjęcie, gdzie przy trzydziestu osobach w kadrze on stoi najbliżej jak tylko się da. i nawet S. dziś zapodała, że "Pan Bóg szczególnie włożył cię w jego serce".
  i wyjechał, w pośpiechu, goniąc na kolejne rekolekcje, do kolejnych ludzi, by uczyć ich jak kochać. by pokazywać Miłość większą niż cokolwiek w nas samych. by opowiadać ludziom, że można kochać będąc słabym, niedoskonałym i takim jakim się jest. że tak naprawdę liczy się nie to, co robimy, jak robimy i ile dajemy innym, tylko liczy się nasze szerokie serce, nasza umiejętność kochania. mówił, że Bóg szuka w nas tylko tego. i gdy naprawdę próbujesz kochać, gdy ciągle przylegasz do Boga, gdy nie liczy się dla Ciebie nic innego jak tylko Ten, który umarł za Ciebie- Bóg właśnie wtedy wypełnia w twoim życiu swoją niesamowitą rzeczywistość, spełnia Twoje najskrytsze pragnienia, to wszystko, czego byś się nawet nie spodziewał. pamiętaj, szerokość serca...
i nie wiem tylko dlaczego czuję się tak, jakby mi dziś kawałek tego serca wyrwano i wywieziono do Gdańska, gdzie ojciec zaczął dziś następne rekolekcje.


styczeń 2015, Białystok

sobota, 3 stycznia 2015

"Dlaczego nie jestem już tą dawną, dziką, zuchwałą, wolną dziewczyną, która umiała śmiać się ze zniewag, zamiast szaleć z rozpaczy! Dlaczego tak się zmieniłam..."

to tak tylko szybciutko: pierwszy raz odkąd tu mieszkam w moich oknach (w bloku:P) wiatr zawodzi tak bardzo, że aż gwiżdże żałośnie za szybą tuż przy parapecie. jeszcze tylko gdybym miała drzewo z gałęziami tak mocno bijącymi w szyby to scenerię bym miała rodem z Wichrowych Wzgórz Emily Brontë. no nie da się inaczej, to skojarzenie bardziej naturalne niż oddech.
 nadrabiałam dziś książkowo-filmowe zaległości, i idę spać usatysfakcjonowana. Pratchett i Złodziejka książek jako duet z dzisiejszego wieczoru. ta'jest. 
a tytuł posta wzięty oczywiście od Katy z Wichrowych. szalona kobieta to była :) dnoc.



 listopad 2014, Lublin

czwartek, 1 stycznia 2015

all is quiet on New Year's Day...a world in white gets underway...

dzień dobry, nadal żyję. bywa ze mną bardziej niż różnie, więc cóż tu się rozpisywać.  nastąpi zatem skrót odcinka, by dalej pójść w świetlaną, bo moją własną i niczyją inną przyszłość. zatem:

- rozmowa z wybrańcem przebiegła dobrze, choć bez  (nie)spodziewanego happy endu. ślubu nie będzie  ;)  ale nadal się kumplujemy, zatem wynik jest dodatni i nie było ofiar w ludziach. naprawdę - muszę przyznać, że to zaskakujące i orzeźwiające - odkryć, że jednak to nie działa tak, jak kiedyś - skoro cię nie chce, to jesteś słabeuszem, nikim, brzydulą, brakuje ci więcej niż wiele by być z jego kategorii. a tu - proszę bardzo, zaskoczenie. bo po rozmowie (kluczowe kwestie poszły od razu na pierwszy ogień i już po 10 minutach wiedziałam na czym stoję, ale mimo to gadaliśmy o wszystkim innym jeszcze porządną godzinę), otóż po rozmowie zamknęłam za nim drzwi (wcale nie metaforycznie), popatrzyłam w lustro wiszące w przedpokoju i ze wzruszeniem ramionami i uśmiechem pomyślałam - w porządku, może być i tak. i wiecie, naprawdę tak może być  :)  jest jeszcze czas na wszystko, i najważniejsze w tym wszystkim jest to, że się odważyłam - ja wiem, że to odkrycie na poziomie gimnazjum ale jednak - odważyłam się i końca świata nie było. co więcej, ruszyłam dalej więc w pewnym sensie świat dopiero się zaczął :) a poza tym - nikt mi nie wmówi, że nie warto czekać na takiego Mężczyznę, który będzie miał w sobie tą odwagę zaryzykować, odkryć siebie i zapytać. także ten, będzie dobrze ;) 

- czas mija mi szybko, zbyt szybko. w zasadzie niby przed chwilą zaczynałam półroczny staż, a tu już został mi ostatni miesiąc pracy na trzymiesięcznej umowie podpisanej po stażu. i co dalej? Bóg jeden raczy wiedzieć, bo ja niekoniecznie. trzeba się tą kwestią zająć, ot co.

- i byłam na Hobbicie. trzecia część tyłka nie urywa, totalnie. jest...znośna, jeśli patrzy się przez pryzmat bajki. Wiadomo było od początku, że to nie Tolkien i że nie ma co się jeżyć na szczegóły i niespójności z książkami. ale nie będę tu smarować recenzji, kto zobaczy ten będzie miał swoje własne zdanie na ten temat. ja za to muszę udokumentować kilka faktów: nie spałam przed maratonem za dużo - dzień wcześniej do trzeciej w nocy robiłam bransoletkę na zamówienie (nigdy więcej przed świętami - w następnym roku zamykam zamówienia na tydzień przed świętami i kropka) potem po pięciu godzinach snu do pracy, a potem szybko na imprezę wigilijną do znajomych i od razu na nocny maraton filmowy, czyli trzy części hobbita. i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten brak czasu, snu i oddechu pomiędzy tym wszystkim - miałam okropne przeboje z taksówkami, a potem gdy dojechałam do kina, okazało się że to inne kino...tak, na dwa heliosy w mieście wybrałam nie to, które trzeba było; więc jechałam kolejną taksą, już z nastawieniem wszystko mi jedno i że to najgorszy tydzień w całym tym roku. dojechałam, obejrzałam, nie zasnęłam ani razu :)  no i jeszcze jeden zaskakujący fakt - pan wybraniec też był, i o dziwo zawrócił mnie z ruchomych schodów kombinując mi podwiezienie do domu - że nawet jeśli nikt nie jedzie w moją stronę (jak twierdziłam), to on może tam jechać, nie problem. zaskoczył mnie, muszę przyznać. i o szóstej trzydzieści rano myślałam sobie, już wchodząc do domu że wiem dlaczego mi na nim zależy, że wiem jakimi cechami przyciąga mnie do siebie. ale że z nim nici póki co, to przynajmniej wiem jaki ten mój człowiek ma być. o tako  :) 


grudzień 2014, godz.6:30, Białystok

- święta dla odmiany były znośne - w poprzednich latach non stop życzyli mi obrony mgr, pracy, męża, chłopaka, partnera, szczęścia, zdrowia, pieniędzy, i wszystkiego innego co tylko im przyszło do głowy. w tym roku - jakby ciszej z durnymi życzeniami (bo czyż posiadanie 'partnera' jest naprawdę wyznacznikiem mojej wartości i tego, czy jestem szczęśliwa?) [dygresja na marginesie - ostatnio w rozmowie telefonicznej M. rozgadał się o swoim odkryciu: otóż nie jest ważne co robisz w życiu, czy jesteś kominiarzem czy prezesem, jesteś dobry, uczynny, miły czy też rzucasz się na ludzi, ranisz ich i jesteś hiper-egoistą. otóż - najważniejsze jest po prostu to, że JESTEŚ. to stanowi twoją wartość, istotę. i muszę przyznać, że te słowa wypuszczają we mnie nie tylko korzenie, ale już nawet młode pędy :) bo czyż to nie jest wyzwalające? po prostu jestem, niezależnie od uczynków, od cech, od myśli, błędów czy też wspaniałości. chyba nawet któryś święty poszedł z tą myślą dalej i powiedział coś w stylu: jestem niczym więcej i niczym mniej niż tym, kim jestem w oczach Boga. jakoś tak  :) i z tym was pozostawię, koniec dygresji]. taaak...zatem wracając do świąt...były spokojne, bez większych trosk czy spin, bez kłótni i burzliwych wydarzeń. wręcz przeciwnie- były leniwe, płynęły jak spokojna rzeka, niosąc mnie w swoim delikatnym nurcie. potem zaś nastąpiły intensywne dni inwentaryzacji w pracy (w rozmowie telefonicznej przejęzyczyłam się i powiedziałam że mamy inkwizycję - blisko, c'nie? :P) a potem...potem był sylwester. 


grudzień 2014, Białystok 

- sylwester. miałam wolne, niespodziewanie. i ranek był bardzo fajny, warty odnotowania. otóż  przeciągasz się, wstajesz sobie, tak po prostu, robisz śniadanie i siedzisz dwie godziny przy stole, jedząc spokojnie wypasioną jajecznicę i czytając książkę. serio - wieki tego nie robiłam. nie spiesząc się nigdzie i do nikogo, nie zastanawiając się gdzie właśnie jestem spóźniona i co jeszcze jest do zrobienia - nieważne. po prostu spędzasz czas ze sobą. i stąd przyszła myśl o tym, by w tego sylwestra nie biec do ludzi, nie robić tego co zwykle. i zostałam w domu, sama ze sobą i z Panem Bogiem do towarzystwa :)  muszę przyznać, że to był dobry czas. odkrywania radości w tym, że JESTEM i że On JEST (obok mnie;)) 

- co dalej? będzie nowe, to pewne. nic już nie jest takie samo, bo ja nie jestem taka sama. wszystko się zmienia, i ten rok też zmieni wiele. zamierzam strzec tego czasu jak ostatniej butelki domowego podpiwku mojej mamy i korzystać najlepiej jak się da z obydwu dobrodziejstw :) bo przecież te zwykłe rzeczy są najcenniejsze :) 

ps. a w tytule U2, idealne by zacząć ten nowy rok. i nawet był śnieg za oknem.



grudzień 2014, Białystok