cała niedziela jednak była tak paskudna, jak rzadko kiedy. wszystko się waliło na łeb na szyję, że w zasadzie już tylko pozostało mi czekać i patrzeć, co wybuchnie i rozsypie się następne w kolejności, by móc zakrzyknąć zrezygnowanym głosem: "cóż za piękna katastrofa!" i tak wciąż i wciąż, jak domino, ruszone z jednej strony, pędzące dalej, kostka po kostce do nieskończoności. oooo tak, optymizmu to tam nie było za grosz a nawet i złamanego centa nikt by nie rzucił.
ale ten dzień się skończył. marnie, bo marnie, ale przeszedł do historii. i czasem zdarzają się takie dni, i takie noce też się zdarzają, że trzeba je przetrwać, przeczekać je trzeba. zamknąć oczy i oddychać, skupiając się na kolejnym wypuszczeniu powietrza. i jeszcze raz, powoli wciągnąć powietrze do płuc i trzymać się w ryzach jedną myślą, że mija kolejna sekunda, i że za chwilę nie będzie następnej, i że to minie, i nie wróci, i nastanie nowe. a teraz chwilowo nieczynne, przepraszamy za usterki. zapraszamy jutro, otworzymy z rana.
Darłówko, lipiec 2009



