Dzień szarego kota w moim słowniku definiuje się jako taki czas, kiedy w zasadzie włóczę się między czterema ścianami ubrana w szary dres, a najlepszą receptą na niezrozumiałe uczucia, natrętne myśli i bezsilność ducha jest zwinięcie się w kłębek i przespanie wielu godzin, niezależnie od pory dnia i nocy. Ogólnie rzecz biorąc - próba zniknęcia, z założenia od podstaw nieudana i niemożliwa, ale chwilowo dająca ulgę i namiastkę spokoju i bezpieczeństwa. I w zasadzie niby nic, ale zmienia się struktura myśli, rytm serca nieco zwalnia, choć uczucia pozostają, jak wytrawione w ogniu. A potem mija mi ten dzień, dzień szarego kota, i przebieram się w siebie, prawie normalną, zwyczajną, taką jak zawsze. Jedynie gdzieś tam tuż pod powierzchnią serca tlą się spopielone emocje, zastygające uczucia.
