piątek, 22 maja 2020

metoda prób i błędów

    Ostatni tydzień nie należał do najłatwiejszych. Naprawdę, bardziej ciągnął w dół wiru wodnego niż rzucał koła ratunkowe. Ale przeżyłam, jak wiele innych takich tygodni. 
    Próbuję odnaleźć spokój, ale prawdziwy spokój w tym co na pierwszy rzut oka wygląda jak prosta i spokojna sytuacja, a w rzeczywistości jest chaosem.
     Próbuję otaczać się dźwiękami muzyki, która nie jest nijaka, pierwsza lepsza tylko taka, która brzmi i smakuje soczyście i prosto. Najczęściej utwory fortepianowe... jak one się rozwijają, jak temat płynie, faluje, zmienia się w odbiorze.
  Próbuję widzieć bardziej, nie przeoczać drobiazgów, jak na przykład kolory zmierzchu. Zmierzch ma gęstą gramaturę, a kolory zmieniają się jak na papierze z akwarelami - dodatkowa kropla farby czy wody a już zmienia się wszystko, barwy nabierają głębi, zmieniają położenie... siwo-niebieski przechodzi w ultramarynę z szarościami, a potem w ciężki granat, by zakończyć się gęstą czernią. Dodatkowo wszystko ma jeszcze inny wydźwięk gdy niebo widać tylko w ramce okna a nie w otwartej przestrzeni, gdy na parapecie towarzyszy temu wszystkiemu świeca...Światło zmienia wiele. Otulone ciemnym błękitem mieni się i tańczy w oknie, jakby całym swym jestestwem mówiło, że jest tylko po to, by być, istnieć, zmieniać perspektywę mojego patrzenia.
    No więc próbuję. Próbuję widzieć świat, a nie go kategoryzować. Próbuję nie myśleć, że ktoś się do mnie odzywa tylko dlatego, że ktoś inny tę osobę nasłał czy namówił. Próbuję nie analizować, oceniać, szufladkować, znajdować przyczyny i powody. Próbuję po prostu być. Być sobą i nie przyjmować tego, co mówi na mój temat moja własna głowa. Być sobą i nie pozwalać by oskarżało mnie moje własne serce. Być sobą.