Dzieje się tak dużo! tak dużo, że brakuje tchu w płucach, w głowie trwa ciągła gonitwa myśli a każda komórka ciała prawie eksploduje.
Wróciłam z Anglii. I chyba nie mogę powiedzieć, że cała i zdrowa, bo mam wrażenie, że zostawiłam tam kawałek serca. Przede mną kilka decyzji do podjęcia, ale przede wszystkim ważniejsza jest droga, droga we mnie, którą ruszyłam. Na przykład?
Pierwsze z brzegu: uświadomiłam sobie, że nie lubię siebie. Może nie w całości, ale jednak - są rzeczy, które mi szalenie przeszkadzają, uwierają mnie od środka, zabierają komfort i prostą radość z życia. wiiięęęc.. :) więc zaczęłam coś robić. oswajam się ze swoim obrazem na zdjęciach. przyglądam się swojemu ciału w lustrze. próbuję nie być dla siebie zbyt surowa i mieć w zanadrzu dobre słowo dla siebie samej. jeżdżę na rolkach i rowerze. ładnie się ubieram i uśmiecham do ludzi. taka prosta terapia, która nie kosztuje ani grosza, ale za to sporo wewnętrznego wysiłku. ale już jest lepiej. widzę cel, widzę horyzont i wschodzące słońce jutrzejszego dnia, więc będzie dobrze ;)
Obejrzałam wczoraj ładny film animowany "Song of the sea". Dzieło prosto z rąk duńsko-irlandzkich. i jestem zachwycona: prostotą kreski, pięknem delikatnych kolorów, żartobliwymi postaciami, akcentami głosów postaci, w końcu muzyką, tak przyjemną dla ucha i duszy. skończył się film a we mnie został spokój, uporządkowanie, wyciszenie. i to chyba najlepiej świadczy o jakości tego filmu.
Dziś byłam w kinie na Małym Księciu, stąd też tytuł dzisiejszego postu. kolejny dobry film, wychodziłam z kina z lżejszym sercem, prostszym myśleniem i czystszą duszą. zatem -polecam. a oswajanie? oswajam swoje życie. wciąż i wciąż, kawałek po kawałeczku.
