W okolicy świąt i w czasie ich trwania miałam w głowie tyle myśli a serce nie wytrzymywało natłoku uczuć i wspomnień; mimo to jednak dopiero teraz mam jakąś chwilę by coś o tym powiedzieć. Nie ma co tutaj wykładać po kolei całej smętnej litanii ponieważ to już było, wydarzyło się i przeszło do czasów minionych. Wystarczy rzec jedynie, że w środę sobie płakałam rzewnymi łzami jakieś dwie godziny, ale juz w Wigilię rozpadłam się na milion kawałeczków dopiero podczas Pasterki w polskim kościele. Myślę, że to ostatnie jest silnie powiązane z obecnością Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie , z Jego bliskością - mam wrażenie, że Jego Obecność sprawia, że On wyciąga wszystko co jest w nas, sięga po wszystko co jest w środku mnie, i potem tak się dzieje, że jestem wśród ludzi, a chcę się schować, ponieważ Bog przyszedł bardziej niż można sobie wyobrazić. Ale już jest po świętach - więc jest też już po emocjach i tęsknocie rozdzierającej serce. Wszystko wraca do normy, choć najdotkliwsze w tej chwili jest poczucie braku swoich ludzi tutaj. Tych ludzi, z którymi mogłabym spędzać całe dnie a godziny mijałyby jak chwile. Ludzi, z którymi wiążą mnie wspomnienia i rozmowy, powierzane sobie nawzajem trudności i marzenia. Bożych, dobrych ludzi, moich ludzi. Okropnie mi ich brakuje tutaj, a budować nowe...jest trudno, bo jest spory deficyt wszystkiego, łącznie z ludźmi, czasem i chęciami. Ja wiem, na wszystko potrzeba czasu i nic od razu nie powstanie. Więc poczekam, tak już jest.
Są też jednak rzeczy, za które jestem bardzo wdzięczna, jak choćby:
Ciągłe przypominanie Pana Boga, że jest ze mną
ósma rano w pracy. i bardzo prosty widok za oknem, który otwiera serce na cały nowy dzień
german christmas market. radosne miejsce, pełne świątecznej atmosfery, pierwszy raz doświadczyłam takiego miejsca.
karuzela na geman market. byla tak piękna, z cudowną muzyką lecącą z głośników...czysta atmosfera (czułam się jak na filmie!), jednak nie wsiadłam - Z. się trochę z tego śmiała, i powiedziała że słusznie, że przejadę się następnym razem już z mężem. aha :>
tiramisu na deser we włoskiej restauracji i odczuwalne szczęście w każdej komórce mojego ciała. stanu szczęśliwości dopełnił fakt, że gdy wychodziliśmy w holu orkiestra dęta zaczynała grać typowo świąteczne piosenki. znowu - jak w filmie :)
choć mam nieco mniej czasu - nadal handmade'y. przyjemne z pożytecznym, ponieważ na święta rzeczywiście był ruch w interesie
uwielbianie Boga przy codziennych czynnościach - to jest łaska i dobro Jego samego. On nie potrzebuje nas i naszych krótkich modlitw - ale daje nam ten czas, miejsce i serce byśmy z Nim spędzili choćby chwilkę
czasem kolacje mogą wyglądać właśnie tak (a smakować jeszcze lepiej :) )
poczta, w samiuteńką wigilię. pachnący prawdziwy piernik, piękna ręcznie robiona kartka, a do tego w obu przesyłkach najważniejsze - biały opłatek, który znaczy więcej niż odległość.





































