noo. prawie od tej piosenki się zaczęło. prawie, ponieważ początek był duszny. bardzo duszny. na tyle, bym wylądowała w karetce pogotowia, z podanym chwilę wcześniej dożylnie kortyzonem, w drodze do szpitala. a w radiu śpiewał Muniek o moim i jego zmęczeniu.
ale chociaż to dopiero kilka godzin leżenia (tych pięciu spędzonych na SOR nie liczę), to ja już wiem: to nie przypadek :) wszak nie dalej jak w poprzedniej notce narzekałam, marudziłam i w ogóle pisałam wszelkie możliwe zażalenia na wszystko wokół mnie i we mnie. no i co? no i mam :) Ten na górze się wziął do naprawiania, długo nie trzeba było czekać ;) może jedynie szkoda, że tu nie dają części zamiennych :> ale ale, dosyć narzekania, bo jeszcze ktoś te słowa poważnie będzie i oddadzą mnie na blok operacyjny do serwisowania części :P
ale nie wiedzieć czemu przypomniała mi się pewna noc w pewnym mieście, gdzie o drugiej w nocy ktoś opowiadał mi wymyśl(o)ną bajkę o królu lwie. jakoś tak...ktoś mógłby tu usiąść przy mnie, pogłaskać po włosach i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. i opowiedzieć bajkę.
Radom, wrzesień 2010


