poniedziałek, 10 lipca 2017

brakuję się

    Jakoś się nie składam. tak zwyczajnie, z bardzo dobrego owocnego czasu wpadam w czarną dziurę tornada smuteczków, zawirowań myśli i depresyjnych nastrojów. 
     Jeszcze tydzień temu byłam na obozie Poświęceni Panu w Marózku, gdzie doświadczyłam naprawdę cudownych rzeczy, jakie Pan Bóg dla mnie miał na ten czas. Masa świetnych ludzi, miejsce gdzie mogłam po prostu trwać w Bożej Obecności, odkrywanie talentów i wszystkich obdarowań jakie On złożył we mnie. A potem wróciłam tu, do Anglii i wpadłam w króliczą norę nie wiedząc gdzie jest wyjście. Kręcę się trochę w kółko, zupełnie bez celu i sensu, jak jakiś wypaczony puzzel którego nie sa się włożyć i dopasować do reszty. Są chwile, gdy pojawia się jakaś iskra działania, błysk zrozumienia i myśl, że to chwilowe, że muszę się tylko rozpędzić w dobrym kierunku. Rzecz w tym, że samej jest jednak trudno, a wcale nie pomaga fakt, że K. pojechała do Polski dzień po tym, gdy ja wróciłam. ta nieobecność potrwa jeszcze tydzień. A zatem muszę się wziąć w garść, nie patrząc na to, czy wysypuję się z tej garści czy też nie. On mnie poskłada. Muszę Mu tylko oddać wszystkie części. Będzie dobrze. On poskłada. Jeszcze chwilka.

do posłuchania na dzisiaj bardzo:
https://open.spotify.com/track/7tfvRKOPiG6p7BvQpnnKtY

sobota, 8 lipca 2017

aklimatyzacja

na nowo. wróciłam po dwóch tygodniach spędzonych w Polsce. i nie potrafię się za bardzo odnaleźć do tego stopnia, że cały dzień byłam w mieszkaniu nie patrząc nawet na telefon.
so I am in progress...

czwartek, 2 marca 2017

from ashes to ashes

Tak tylko w drodze komunikowania się chciałam napisać dwie rzeczy: informację i krótką impresję. Informacja dotyczy tego, żem zabiegana straszliwie, a to między innymi z powodu przeprowadzki. Dzieje się dużo i mocno, że nie mam czasu nawet dospać, ale cóż - miejmy nadzieję, że zaraz później przyjdzie ten drugi czas, kiedy będzie można złapać oddech i odetchnąć.
Impresja zaś jest na temat wszystkiego wokół : im dłużej rozglądam się wokół  tym bardziej jestem przekonana że nic na tym świecie nie liczy się tak jak człowiek obok. oglądam sobie filmy i te o jedzeniu najbardziej ostatnio trafiają w me gusta.
Jest środa popielcowa i wszyscy Ci, którzy byli dziś w kościele mieli na czole szary znak krzyża z popiołu ( w kościele angielskim kapłani naprawdę czynią ten znak widocznym). i tak naszła mnie myśl - ilu z nas jest to ok, normalne? nie wstydzić sie, po prostu przyjąc. i że chcemy za wszelką cenę być idealni, proporcjonalni, szczególnie zadbani.

piątek, 3 lutego 2017

Karol

   Dzisiejszy dzień to tak naprawdę jedna informacja, szybko podana przez telefon na przerwie w pracy. Kilka sekund i słów, które spuszczają z ciebie powietrze; mrugasz oczami by powstrzymać spowolnienie czasu. A jednak. 
   Mama powiedziała mi dziś przez telefon, że dziadek nie żyje. Nie był on tym dziadkiem najbliższym, bo był to brat mojego dziadka, i to od strony taty, czyli rodzina, z którą niewiele mam wspólnego. A mimo to był mi bliski, na tyle na ile to możliwe w takich okolicznościach rodzinnych. Nie odwiedzaliśmy ich często, w zasadzie z dzieciństwa pamiętam jedynie regularne wizyty z okazji imienin, a to babci, a to dziadka, a to akurat jakaś rocznica. Ale im byłam starsza i im bardziej mi się rozchodziło z tatą, tym paradoksalnie częściej widywałam się z dziadkami. Byli jedynymi o których z dumą mogę powiedzieć, że są moimi dziadkami.
   Jest kilka wspomnień, które pielęgnuję w sercu. Róża, którą dziadek nonszalancko zerwał z ogródka i po prostu mi wręczył, gdy już wybiegałam na autobus. Najpiękniejsza róża jaką dostałam i gdy poczułam się bezwarunkowo kochana. Pomidorki z dumą pokazywane za płotkiem, takie piękne, pachnące latem. Stare zdjęcia rodzinne, bezcenne archiwum które mi pokazał i opisał, po kolei i w emocjach (jak historia o pradziadkach, wziętych z domu do aresztu i wysłanych do obozów). Winogrona hojnie dawane pełnymi kiściami, aż się przelewające przez ręce. Ta sama winorośl dawała ochłodę w ciepłe dni, gdy siedzieliśmy sobie na ławeczce zajadając drożdżówki (On miał zwyczaj zawsze żartować, że zdążyłam tak szybko upiec te ciasto, a ja zawsze kupowałam je w pobliskiej piekarni, którą miałam po drodze), i rozmawiając o rzeczach przeróżnych, tak po prostu sobie siedząc. Z ostatniej wizyty pamiętam bezradność w jego oczach, wywołana starością. Taką bezsilność mocnego mężczyzny, który z trudnością godził się na czas odmierzany przyjmowanymi lekami i prostymi serialami nadawanymi w telewizji. A równocześnie pamiętam miły dotyk spracowanych rąk, chłodnych i pewnych, ściskających moje dłonie. 
   Żałuję. Żałuję, że tych drobnych gestów miłości było tak mało, że nie starczyło czasu by podzielić się radościami i smutkami, że zabrakło odwagi by być i okazywać, jak bardzo był ważny. Ale przecież on już wie. Wie więcej niż ja, bo jest w innym miejscu  niż ja. Dziękuję Dziadku, że pokazałeś mi tak wiele, choć mieliśmy tylko odrobinę czasu.



wtorek, 3 stycznia 2017

witaj nowy roku

   Okazuje się, że przymusowe leżakowanie ma też dobre konsekwencje, nie tylko w postaci zdrowienia (choć muszę przyznać, że nadal mnie trzyma coś za gardło, nawet po tak stosunkowo długim czasie odpoczywania). Oprócz tego, że na dzień dobry miałam ciągle tak wiele przeróżnych niewesołych myśli krążących wokół jak stado sępów kołujących nad łupem na środku pustyni, to jednak pojawiały się też myśli dobre, budujące, i orzeźwiające, jak białe płatki śniegu pojawiające się znikąd i powoli w mroźnym powietrzu. Powstał z tego konstrukt myślowy, niestabilny, niedojrzały, a jednak w jakimś stopniu konkretny i jasny. 
   Wiem, co bym chciała w tym roku. Wiem, też czego bym nie chciała. Ale po kolei.
   Sylwestra spędziłam sama w domu. Nie, nie miałam do towarzystwa Kevina :)  I wydawać by się mogło, że to niesamowicie smutne okoliczności, ale pierwszy raz tak naprawdę na spokojnie nie-szykowałam się na sylwestra. Ominęła mnie cała ta krzątanina czy sukienka gotowa, prysznice, makijaże, cuda-wianki i koguciki na patyku. Zamiast tego spędziłam prosty dzień sama ze sobą, ciesząc się z dobrego obiadu, pogody za oknem i małych rzeczy. nie mogłam też oprzeć się pytaniu, czego ja tak naprawdę sobie życzę na ten rok. I odpowiedź na to pytanie jak zakiełkowała we mnie, tak rośnie i kwitnie do tej pory: że chciałabym w tym roku być dobra sama dla siebie. Tak po prostu, bez zbędnych ceregieli: być dobra, czyli dbać. Dbać o siebie, o swoje zdrowie, o późne przepalone godziny kładzenia się do snu. Dbać o swój rozwój, o czytanie książek, nie tkwić wiecznie w maleńkim ekraniku telefonu, tylko patrzeć na wybuchający kolorami zachodu horyzont. Piec ciasta, chodzić na spacery, śmiać się z przyjaciółmi. Nie stawiać sobie wysokich celów, do których ciężko doskoczyć i mieć dla siebie wyrozumiałość i współczucie, gdy sytuacja tego wymaga. Dużo tańczyć, jeszcze więcej śpiewać, często patrzeć w niebo, wciągać zapach morza prosto z plaży. I wiele wiele więcej. Tak po prostu. być dobrym dla siebie.