sobota, 27 lipca 2013

cieni chór odmilczał sto lat...


 co ja takiego w sobie mam, że wszystko psuję? że chcę dobrze, ale mimo to ranię ludzi wokół, i to tych najbliższych, najważniejszych. a potem cierpię sama, widząc ból jaki im sprawiłam. była dziś u mnie moja Mama, dziś wyjeżdżam na tydzień więc się dopakowuję w międzyczasie. coś burknęłam, ona oczywiście uniosła się honorem i dumą, od razu kierując się do drzwi. nie dziwi mnie to, mam tak samo (chyba po niej), ultraczułość na cokolwiek. 
  nie umiem świętować własnych urodzin. 
Poluzjanci na dziś, śpiewam razem z Kubą:




Koniec wieku, dorosnąć czas
a w człowieku wciąż na przekór
koniec wieku dziś przekraczam próg 
ale nie wiem dokąd iść...

ps. wracam za tydzień.




wtorek, 23 lipca 2013

Ze mną można tyl­ko w da­li zni­kać cicho

   Miałam wyrzucić fragment postu, który napisałam wczoraj,  ale może warto zachować te kilka zdań, bo stanowią początek tego, co jest dzisiaj.

  z wczoraj: Mam wrażenie, że jestem niepasującym elementem układanki, którego nie da się wcisnąć na siłę w puste miejsce, puzzlem, którego nie da się przyciąć, dokleić, przemalować. wszystkich wspieram, dla wszystkich jestem, pomagam, radzę, cokolwiek potrzeba. Staram się być dla innych, i pomimo, że nie zawsze mi wychodzi - próbuję. Ale mam ciągle wrażenie, że to inni żyją moim życiem, moimi marzeniami, pragnieniami, że to oni są tacy, jaka ja miałabym być, żyją tak, jak ja bym chciała.


zagubiona i inna jak ta mirabelka wśród śrubek i metalu
 (zdjęcie z przepastnego archiwum - przypomniałam sobie, że takie kiedyś zrobiłam)


z dzisiaj: to jednak nie do końca tak, jak wczoraj pisałam. wszak sama wielokrotnie powtarzałam, że każdy sam podejmuje konkretne decyzje, ponosząc wszelkie tego konsekwencje, robi pewne rzeczy, zmienia swoją rzeczywistość. więc skąd żal, że inni są tacy, jaka sama chciałabym być...? gdzieś głęboko pod skórą wiem. wiem to. być może po prostu potrzebowałam chwili narzekania, pogrzebania w tym błotku, pomarudzenia. ale to było wczoraj. a dziś puszczam sobie tą piosenkę myśląc o tym, że jutro wstanie nowy dzień. na szczęście. because...


But this time, this time
I’m gonna try it my way
I’m gonna live life my way...





niedziela, 21 lipca 2013

Anything you want to, do it

   Króciutko, bo mimo niedzieli i wolnego czasu ten ostatni całkiem zaplanowany jest. Od piątku miotają mną emocje prawie skrajne, od silnej radości i przebłysków szczęścia, po smutek i totalne depresyjne spojrzenie na świat. obijają się od ścianek serca, nabierają prędkości i stukają o siebie powodując wyładowania i iskrzenie. W piątek byłam u znajomych, młodego małżeństwa z małą córeczką - świętowaliśmy urodziny G, jeszcze-nie-trzydziestoletniego męża i ojca. zjawili się ich znajomi, przyjaciele - przy czym w tym gronie singlem byłam ja (w połowie doszły jeszcze dwie dziewczyny, ale one przyszły razem, jako kumpele - a wtedy jest jednak łatwiej). i tu jest miejsce na emocje - od tego poczucia pozytywnego spędzania czasu w doborowym towarzystwie, cieszenia się z tej chwili i miejsca, po smutek i 'oklapnięcie', że jestem tam sama, a tu wokół tacy sparowani, fajni ludzie, dzielący swoją codzienność ze sobą. W sobotę miałam dużo czasu dla siebie samej (tak tak, sprzątanie, wycieranie kurzów i porządkowanie swojej graciarni - idealny plan na sobotnie przedpołudnie, prawda? ;)), ale wieczorem pojechałam do znajomej i jej dziadków - wracałyśmy potem późnym wieczorem  przez łąki na autobus. dziś obiad z mamą, kościół i teatr wieczorny. jest nieźle, więc czemu tak mi w środku wszystko kołacze? może chodzi o to:



   zdjęcie stare, sprzed lat. może chodzi o dorastanie, zmienianie się w środku i na zewnątrz - jak te pomidory, dojrzewam w słońcu, zmieniam barwy i smak, miąższ jest bardziej mięsisty, wyraziste wnętrze...może. niewykluczone. a może potrzeba czasu, zwykłego czasu i cierpliwości, by stawało się to, co dobre, by wszystko zmieniało się na lepsze. ech, wciąż czuję, że te moje myśli są takie chaotyczne, niepozbierane, nieuchwytne jak liście na drzewie szarpane wiatrem.


a tytuł postu pochodzi z piosenki na dziś, 
"Pure Imagination" Jamie'go Cullum'a  z Abbey Road: 






If you want to view paradise
Simply look around and view it


Anything you want to, do it

Want to change the world, nothing to it

"Wszystko co chcesz, zrób to
Chcesz zmienić świat? Nic trudnego."
 yhym, to przecież takie proste...


czwartek, 18 lipca 2013

dzień dobry, szukam pracy...

   Stało się - jestem oficjalnie człowiekiem bezrobotnym :> zameldowałam się dziś w Urzędzie Pracy, przyjemność z tego żadna, a pisanie o tym też przemiłe nie jest. ale fakt, trzeba to przełknąć i żyć sobie dalej ;) chociaż nie powiem...po cichu liczę, że trafi mi się jakiś fajny staż, nauczyć się czegoś nowego, rozwinąć...a potem choć trochę normalnej pracy, a nie chałtury jak teraz. jakie to dziwne, jak z wiekiem zmieniają się problemy, marzenia, priorytety...
   Leciałam dziś przez centrum miasta, i z jednego z ogródków piwnych (knajpy wątpliwej renomy i szemranej klienteli) usłyszałam tekst: "Zdzisieeeek, bo przecież w życiu ważne są człowiek, wiara w Boga i przyjaźń, nie?! no!" puenta prosta i trafna, więc na tym dziś zakończę :) 

ps. widziałam dziś w parku trzy sójki latające wkoło i robiące wielki harmider - świetny widok, aż szkoda, że w takich momentach nie materializuje mi się w dłoniach aparat by uwiecznić taką naładowaną pozytywną energią chwilę ;)

(Copyright Thomas J. Abercrombie /National Geographic)
a to z kolei zdjęcie z pocztówki tkwiącej obecnie między stronami mojego kalendarza - wciąż przyciąga mnie ta fotografia zrobiona dla National Geographic.
 i chyba ostatnimi czasy czuję się jak ta kobieta...

my bucket list

   Jest przed północą, przeciągam się na krześle, nucę pod nosem Walk with me, Lord (wykonanie Lizz Wright leci w radiu), i myślę o tym, co już dawno w jakimś stopniu co jakiś czas robię - bucket list. Lista rzeczy, którą chciałabym kiedyś zrobić, odhaczyć na kartce jako wykonane. O wielu takich marzeniach czy wyzwaniach już zapomniałam, pojawiły się w głowie tylko na chwilę i już dawno uciekły, o kilku sama z premedytacją chciałam nie pamiętać przez własne tchórzostwo i brak wiary, że się uda. lista pewnie będzie zawierać sprawy małe i zwyczajne, jak te duże i czasochłonne - wszystkie są tak samo ważne i istotne - są moje, określają moje lęki i pragnienia, poszukiwania szczęścia i radości, moje wyzwania i marzenia. Tak czy inaczej, postanowiłam zapisać to wszystko nowe i stare tutaj (bez znaczenia w jakiej kolejności), a w miarę upływu czasu weryfikować pewne rzeczy dopisywać, skreślać, rozwijać - jednym słowem aktualizować (a jaka może być wygodniejsza forma zapisu tegoż, jeśli nie post na blogu, który można edytować do woli?:)) zatem...kolejny łyk earl grey'a, głęboki wdech i jedziemy...


MY BUCKET LIST

  • pojechać na wyprawę rowerową nad polskie morze (+ przespać się na plaży i obudzić się z widokiem na wschodzące słońce)
  • wyprawić piknik z prawdziwego zdarzenia - zaprosić znajomych, upiec pyszne jedzenie, pograć w lotki czy scrabble 
  • regularnie ćwiczyć i nie odpuszczać sobie w chwilach słabości
  • nauczyć się jeździć na nartach
  • wypić herbatę w każdym dobrym lokalu w mieście
  • podróż po Europie (zobaczyć przede wszystkim Irlandię, Hiszpanię, Francję i Włochy, oraz Islandię i Norwegię)
  • nauczyć się porządnie choć jednego języka obcego 
  • zbudować dom i zamieszkać tam - gdzieś na granicy lasu, gdzie światła miasta nie będą przesłaniały gwiazd i gdzie będzie słychać nocne koncertowanie świerszczy
  • wybrać się we wszystkie polskie góry 
  • wyjść za mąż
  • zatańczyć w deszczu z kimś ważnym
  • założyć własną firmę i/lub pracować tam, gdzie będę mogła się rozwijać i robić wszystko z pasją i ciągłym zaangażowaniem
  • zobaczyć Nowy Jork
  • zrobić projekt '365 dni = 365 zdjęć"
  • zarobić, kupić i korzystać non-stop z bardzo dobrego i w miarę profesjonalnego sprzętu foto
  • popływać kajakiem w większości  jezior (jeśli nie we wszystkich)na Warmii, Mazurach i Podlasiu
  • spędzać więcej czasu z rodziną i przyjaciółmi
  • być na koncertach ulubionych artystów muzycznych

   Póki co i jak na razie tyle...jest tych rzeczy jeszcze więcej w głowie, ale ciągle niedojrzałych, niepełnych do wypisania (chociaż nawet przy tych powyżej - nie było łatwo je skonkretyzować i wpisać).  Żeby tak odhaczyć 2/3 - będę dumna ;) Na teraz pozostało mi śnić o tym wszystkim jako spełnionym w moim życiu... a na dobranoc jeszcze Ben, który śpiewa o tym, co jest i w mojej duszy





I been worryin' that my time is a little unclear
I been worryin' that I'm losing the one's I hold dear
I been worryin' that we all live our lives in the confines of fear...

poniedziałek, 15 lipca 2013

herbata z miętą myśli rozjaśnia..

   Jestem, znowu istnieję w wirtualnym świecie jako właścicielka bloga. Dlaczego? Bo jest tak wiele drobnych zdarzeń, sytuacji i myśli, które znikają szybciej niż mrugnięcie oka czy wypuszczone powietrze z płuc. a ja chciałabym zostawić je w sobie, zapamiętać zapach i kolor, uczucia, które mi towarzyszyły w danej chwili. Chciałabym zapamiętać, nawlec na sznurek i schować do kieszeni.
   Dziś byłam u dziadków (stryjecznych co prawda, ale są dla mnie jedynymi, których nazywam dziadkami), dostałam od nich mnóstwo mięty, zerwanej świeżo z ogrodu. Zawiniętą w biały papier, wiozłam autobusem jak bukiet, tak pięknie pachnący bukiet...i przyszło mi do głowy, że chciałabym właśnie tak - by dostawać przez całe życie takie (nie)zwykłe, pachnące miłością bukiety. cieszyć się taką chwilą, patrzeć przez szybę na mijany świat i uśmiechać się mimochodem. W autobusie dosiadł się do mnie starszy pan, zapytał co wiozę - czy to szałwia. Wyjaśniłam mu jak pachnie i smakuje szałwia, że nie równa się smakowi i zapachowi mięty - i tak sobie rozmawialiśmy a ja myślałam, jak bardzo temu człowiekowi musi brakować rozmowy, uśmiechu, chwili dzielonej z drugim człowiekiem skoro zaczepia nieznajomą w autobusie. Na pożegnanie dałam mu gałązkę, odjeżdżając widziałam jak jeszcze stoi chwilę na przystanku z uśmiechem i miętą przytkniętą do nosa. tak niewiele trzeba....

   ps. słówko wyjaśnienia a propos nazwy bloga - siedziałam i myślałam i coraz bardziej się denerwowałam, że wszystkie nazwy zajęte i niedostępne. ciągle ta mięta chodziła wokół mnie (jako jeden z ulubionych napojów - na równi z dobrą herbatą) - aż w końcu świadomie zdecydowałam się na 'błąd' w tytule - zamiast peppermint będzie peppermind. może to i lepiej - tak nawiązując do myśli i tego co w głowie się przewija a ma być przelane na wirtualny papier...? czas pokaże.  

a tu jeszcze lubelskie zdjęcie doskonałej herbaty z miętą w Mandragorze (kto nie był niech tam zajrzy przy okazji, świetne miejsce)