niedziela, 20 grudnia 2020

Pacjent w stanie niestabilnym

 Kto by pomyślał, że to bedzie takie trudne i bolesne.
 Kto by pomyślał, że znajdę w sobie odwagę na to, by się tak mocno odsłonić z własnymi uczuciami (swoją drogą nie wiedziałam nawet, że te uczucia są tak silne i skumulowane we mnie w przedziwny sposób).
 Kto by pomyślał, że świadomie zadecyduję, by ktoś obecny w moim życiu z dziesięć lat właśnie z tego życia zniknie.
 Kto by pomyślał, że to będzie tak bolesne, prawie jakby umarł, nieobecny, niedostępny dla mnie.
 Kto by pomyślał, że będę się do tej nieobecności przyzwyczajać, aż stanie się naturalna. 
 Kto by pomyślał, że znienacka będzie mnie dopadać chęć na napisanie do niego.  
 Kto by pomyślał, że codziennie będę musiała sobie przypominać, że nie mogę tego zrobić, dla własnego dobra i zdrowienia.

Pacjent w stanie niestabilnym, ale rokuje na przeżycie.

środa, 25 listopada 2020

dzień szarego kota

   Dzień szarego kota w moim słowniku definiuje się jako taki czas, kiedy w zasadzie włóczę się między czterema ścianami ubrana w szary dres, a najlepszą receptą na niezrozumiałe uczucia, natrętne myśli i bezsilność ducha jest zwinięcie się w kłębek i przespanie wielu godzin, niezależnie od pory dnia i nocy. Ogólnie rzecz biorąc - próba zniknęcia, z założenia od podstaw nieudana i niemożliwa, ale chwilowo dająca ulgę i namiastkę spokoju i bezpieczeństwa. I w zasadzie niby nic, ale zmienia się struktura myśli, rytm serca nieco zwalnia, choć uczucia pozostają, jak wytrawione w ogniu. A potem mija mi ten dzień, dzień szarego kota, i przebieram się w siebie, prawie normalną, zwyczajną, taką jak zawsze. Jedynie gdzieś tam tuż pod powierzchnią serca tlą się spopielone emocje, zastygające uczucia.


 Listopad 2020

Sądziłem, że sprawy
toczą się zupełnie dobrze

Ale byłem w błędzie.
/John Ashbery w przekładzie Piotra Sommera/

czwartek, 2 lipca 2020

Dotknij mnie tam gdzie uważasz, że może być serce

  A może jednak nie... Bo chociaż Bitamina świetnie o tym śpiewa, to może bardzo boleć. Szczególnie jeśli sama nie jesteś pewna w jakim miejscu i kondycji to serce jest.
  A ostatnie dni do najłatwiejszych dla tego serca nie należą, do tego stopnia, że wczorajszej nocy praktycznie nie przespałam, za to na słuchawkach, w cichym mieszkaniu o trzeciej nad ranem słuchałam koncertu Dave Matthews Band i patrzyłam przez okno na padający deszcz. Generalnie polecam. Za to dziś wstałam po dwunastej by stwierdzić jedynie bezcelowość tego działania. 
  Tracę siły, nadzieję i kierunek. Jakby ktoś po raz kolejny zabrał mi mapę i kompas. Jakby już na szlaku po raz kolejny okazało się, że brakuje mi odpowiednich butów i wody, a generalnie mój plecak jest prawie pusty ale ciężki, bo w ramach okrutnego żartu ktoś wyciągnął wszystkie potrzebne rzeczy a zamiast nich naładował mi kamieni.  Więc znowu bezsilność, rezygnacja i poczucie bezsensu. ahoj przygodo!




niedziela, 21 czerwca 2020

doskonały dzień, podgłoście wiadomości

    "Czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw?  Trzeba tylko umieć je popełniać! A pierwszy warunek: nie pomijać żadnej sposobności, bo nie zdarzają się co dzień."       /George Bernard Shaw/
    Zaczynam dziś cytatem Shawa, bo było trochę szaleństw, i to właśnie natchnionych ;) Zaś Kortez, jak w tytule, zaśpiewałby, że to "doskonały dzień, podgłoście wiadomości".
    Pojechałyśmy z S. nad wodospady do Ingleton, cały pieszy szlak na 10 kilometrów pełen leśnych ścieżek, łąk z owcami, dróżek między skałami i mnóstwem szumiącej, spadającej kaskadami wody.. Bardzo piękny dzień, bez pośpiechu, z wielkim luzem i spokojem, bez spiny, z czasem na wszystko. Jedna z takich wycieczek, które naprawdę dają odpoczynek i frajdę z każdej chwili.
    Jadłyśmy lody na łące, moczyłyśmy stopy w rzece, zrywałyśmy kwiaty czarnego bzu (jutro zrobię z nich racuchy), zrobiłyśmy całą masę zdjęć, a do tego degustowałyśmy żółty ser na farmie i rwałyśmy tam lubczyk, którym później pachniało całe auto a na koniec jadłyśmy pyszny cheescake niespiesznie popijając mrożoną kawą nad bulwarami rzecznymi. A w domu długa kąpiel i spokojny wieczór. Ach! Taki dzień mógłby się zdarzać częściej, ot co. 













piątek, 22 maja 2020

metoda prób i błędów

    Ostatni tydzień nie należał do najłatwiejszych. Naprawdę, bardziej ciągnął w dół wiru wodnego niż rzucał koła ratunkowe. Ale przeżyłam, jak wiele innych takich tygodni. 
    Próbuję odnaleźć spokój, ale prawdziwy spokój w tym co na pierwszy rzut oka wygląda jak prosta i spokojna sytuacja, a w rzeczywistości jest chaosem.
     Próbuję otaczać się dźwiękami muzyki, która nie jest nijaka, pierwsza lepsza tylko taka, która brzmi i smakuje soczyście i prosto. Najczęściej utwory fortepianowe... jak one się rozwijają, jak temat płynie, faluje, zmienia się w odbiorze.
  Próbuję widzieć bardziej, nie przeoczać drobiazgów, jak na przykład kolory zmierzchu. Zmierzch ma gęstą gramaturę, a kolory zmieniają się jak na papierze z akwarelami - dodatkowa kropla farby czy wody a już zmienia się wszystko, barwy nabierają głębi, zmieniają położenie... siwo-niebieski przechodzi w ultramarynę z szarościami, a potem w ciężki granat, by zakończyć się gęstą czernią. Dodatkowo wszystko ma jeszcze inny wydźwięk gdy niebo widać tylko w ramce okna a nie w otwartej przestrzeni, gdy na parapecie towarzyszy temu wszystkiemu świeca...Światło zmienia wiele. Otulone ciemnym błękitem mieni się i tańczy w oknie, jakby całym swym jestestwem mówiło, że jest tylko po to, by być, istnieć, zmieniać perspektywę mojego patrzenia.
    No więc próbuję. Próbuję widzieć świat, a nie go kategoryzować. Próbuję nie myśleć, że ktoś się do mnie odzywa tylko dlatego, że ktoś inny tę osobę nasłał czy namówił. Próbuję nie analizować, oceniać, szufladkować, znajdować przyczyny i powody. Próbuję po prostu być. Być sobą i nie przyjmować tego, co mówi na mój temat moja własna głowa. Być sobą i nie pozwalać by oskarżało mnie moje własne serce. Być sobą. 

środa, 29 kwietnia 2020

posiniaczone wnętrze

   Pomimo tego, co napisałam w poprzednim poście ciężko mi idzie bycie bardziej. Czasami mam wrażenie, że pogrążam się w lepkim błotku lenistwa i niewiele-robienia, i cała oblepiona nie mam siły tego z siebie zmyć, więc skorupka zasycha, stając się jeszcze bardziej nie do zniesienia. Brakuje mi ram, w których się poruszałam dotychczas, a aktywność mojej współlokatorki blokuje mnie jeszcze bardziej. Trudno mi się czyta, trudno mi się pisze, trudno mi się robi biżuterię, jedzenie czy ćwiczenia fizyczne. Trudno mi się wychodzi na zewnątrz, nawet na krótki spacer, a przyczyny doszukuję się w samotności. 
   Zwykle świetnie sobie radzę sama, nie mam problemu by spędzać czas sama ze sobą, a jednak ostatnio zapadam się w sobie i w braku. braku ludzi wokół. Irytuje mnie wymiana myśli i słów przez telefon, aplikacje czy maile. Drażni mnie i boleśnie dotyka widok ludzi którzy nie w pojedynkę idą gdziekolwiek. 
   A już największe ściśnięcie serca spowodowały zdjęcia, zdjęcia z Polski, sprzed lat, z ognisk, kajaków, spotkań, codzienności z tymi, których kochałam bardzo - zwykły wieczorny spacer wokół akademików polibudy, popołudniowe rowerowe wyprawy gdziekowiek; wszystko to boleśnie kołacze się w klatce piersiowej jakby chciało uciec albo jeszcze bardziej posiniaczyć mi wnętrze. Tęsknię. aż do płaczu.


kwiecień 2020


marzec 2020



Ps. droga Przyjaciółko, piszę do Waszej rubryki, bo nie wiem co to znaczy, gdy śni się syn byłej miłości. Nadmienię, że była ta miłość wzięła ślub i ma dziecko, a i owszem, ale córkę, by the way urodzoną o ironio w ten sam dzień co ja, rzecz jasna kilkanaście lat później. Wracając do tematu: Wspomniany wyżej syn ma we śnie kilka lat, imię i uśmiech, jakimś tajemniczym sposobem dobrze mi znane. Co to znaczy i dlaczego teraz? 

czwartek, 23 kwietnia 2020

Cmentarz czyli lekcja o byciu bardziej

   Już kilka porządnych razy zbierałam się do pisania. I co? I nic. 
   To tak, jakby wszystko co miałam do napisania zostało już wypowiedziane we mnie, wewnątrz, i wyczerpało to temat. Moje życie wewnętrzne wciąż jest wewnątrz - praktycznie nie dzielone z nikim innym. 
   I jakoś tak nie jest mi z tym faktem strasznie źle. Jakby zaśpiewał Rojek, jakoś tak nie jest mi nawet żal... Lockdown, zamknięcie spowodowane coronawirusem, kiedy to cały świat właściwie się zatrzymał nie jest dla mnie czymś szczególnym. Ot, po prostu, dni kiedy możesz zająć się wszystkim innym niż pracą, bo wielu ludzi, w tym ja i połowa mojej firmy siedzi na przymusowym urlopie. A jednak zauważam, że wiele mi ucieka. Wiele czasu tracę na siedzenie nad rzeczami, które w ogóle nie są znaczące. Często też zajmuję się drobnostkami, wszystkim po trochu, na tyle na ile jestem tym zainteresowana -  przez dłuższą lub krótszą chwilę. A potem nagle zmieniam trajektorię lotu, pomykam z całą siłą w inny kąt galaktyki., by po pewnym czasie zawrócić znowu, zmienić kierunek, i tak w kółko. Choć w pewnym stopniu jestem z tym pogodzona - bo trochę po prostu już tak mam i leży to w mojej naturze, to jednak przeszkadza mi to. Uwiera mnie ten fakt, bo chciałabym, chciałabym być bardziej.
   Jakąż wagę niosą te słowa, gdy pisząc je siedzę na ławce na cmentarzu, w (prawie) ostatnich promieniach dzisiejszego słońca. To miejsce jest teraz parkiem, odpoczynkiem, rozluźnieniem mięśni i myśli (bo choć nie można się publicznie opalać czy relaksować, to nadal mamy prawo do ćwiczeń raz dziennie na zewnątrz, więc ćwiczę tu, głównie myślenie). 
   I mam w sobie takie dziwaczne przyzwyczajenie, że przechodząc tymi alejkami odruchowo czytam - nazwiska, daty, słowa. Patrzę na narodowe flagi, zastanawiam się nad nie-anglojęzycznymi imionami, zapatruję się w wyryte Matki Boże, krzyże, ale też irlandzkie koniczyny, serduszka dla ukochanych, misie na dziecięcych nagrobkach, na ptaki, anioły , na kwiatki. 
   Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jestem im winna to, by żyć, i to nie byle jak. Bo oni już nie mogą żyć, nie w ten sposób. Że jestem zobligowana do tego, by to życie wykorzystać najlepiej jak potrafię, przeżyć je najlepiej jak umiem. Budzić się rano i wypełniać dzień wszystkim dobrem, na jakie tylko będzie mnie stać - na rozmowę z kimś bliskim, na troskę o starszą sąsiadkę, na czytanie książek od dawna czekających na półkach, na słuchanie ptaków, które wieczorem zdają się mieć najwięcej do wyśpiewania. 
   Albo po prostu usiąść i poświęcić chwilę na wdzięczność, że tyle mam. Że choć jestem w zamknięciu, to moje życie nadal niesie w sobie bezmiar możliwości.