Już kilka porządnych razy zbierałam się do pisania. I co? I nic.
To tak, jakby wszystko co miałam do napisania zostało już wypowiedziane we mnie, wewnątrz, i wyczerpało to temat. Moje życie wewnętrzne wciąż jest wewnątrz - praktycznie nie dzielone z nikim innym.
I jakoś tak nie jest mi z tym faktem strasznie źle. Jakby zaśpiewał Rojek, jakoś tak nie jest mi nawet żal... Lockdown, zamknięcie spowodowane coronawirusem, kiedy to cały świat właściwie się zatrzymał nie jest dla mnie czymś szczególnym. Ot, po prostu, dni kiedy możesz zająć się wszystkim innym niż pracą, bo wielu ludzi, w tym ja i połowa mojej firmy siedzi na przymusowym urlopie. A jednak zauważam, że wiele mi ucieka. Wiele czasu tracę na siedzenie nad rzeczami, które w ogóle nie są znaczące. Często też zajmuję się drobnostkami, wszystkim po trochu, na tyle na ile jestem tym zainteresowana - przez dłuższą lub krótszą chwilę. A potem nagle zmieniam trajektorię lotu, pomykam z całą siłą w inny kąt galaktyki., by po pewnym czasie zawrócić znowu, zmienić kierunek, i tak w kółko. Choć w pewnym stopniu jestem z tym pogodzona - bo trochę po prostu już tak mam i leży to w mojej naturze, to jednak przeszkadza mi to. Uwiera mnie ten fakt, bo chciałabym, chciałabym być bardziej.
Jakąż wagę niosą te słowa, gdy pisząc je siedzę na ławce na cmentarzu, w (prawie) ostatnich promieniach dzisiejszego słońca. To miejsce jest teraz parkiem, odpoczynkiem, rozluźnieniem mięśni i myśli (bo choć nie można się publicznie opalać czy relaksować, to nadal mamy prawo do ćwiczeń raz dziennie na zewnątrz, więc ćwiczę tu, głównie myślenie).
I mam w sobie takie dziwaczne przyzwyczajenie, że przechodząc tymi alejkami odruchowo czytam - nazwiska, daty, słowa. Patrzę na narodowe flagi, zastanawiam się nad nie-anglojęzycznymi imionami, zapatruję się w wyryte Matki Boże, krzyże, ale też irlandzkie koniczyny, serduszka dla ukochanych, misie na dziecięcych nagrobkach, na ptaki, anioły , na kwiatki.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jestem im winna to, by żyć, i to nie byle jak. Bo oni już nie mogą żyć, nie w ten sposób. Że jestem zobligowana do tego, by to życie wykorzystać najlepiej jak potrafię, przeżyć je najlepiej jak umiem. Budzić się rano i wypełniać dzień wszystkim dobrem, na jakie tylko będzie mnie stać - na rozmowę z kimś bliskim, na troskę o starszą sąsiadkę, na czytanie książek od dawna czekających na półkach, na słuchanie ptaków, które wieczorem zdają się mieć najwięcej do wyśpiewania.
Albo po prostu usiąść i poświęcić chwilę na wdzięczność, że tyle mam. Że choć jestem w zamknięciu, to moje życie nadal niesie w sobie bezmiar możliwości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz