niedziela, 23 listopada 2014

Courage, dear heart. (C.S.Lewis)

     och...i nie wiadomo, od czego zacząć. może zacznijmy od tego: umówiłam się na rozmowę. może to pikuś, mało znaczące. a w tym przypadku okazuje się, że wcale niełatwe. mimo to. wczoraj odważyłam się umówić na rozmowę. o mnie. o tym, czego zlęknionym sercem pragnę. o tym, kto mi się śni ciemną nocą, o kim myślę tuż po przebudzeniu. 
   i wyobrażam sobie już zakończenie tej rozmowy. bez happy endu, jak by się mogło wydawać. a jednak - myślę, że to mądry człowiek, więc nie odrzuci tak, by jeszcze dodatkowo pokopać w leżącego. ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że i tak nie o to chodzi, nie to jest ważne. wszak ważniejsze jest to, że się odważyłam, że chcę ruszyć do przodu, niezależnie w jakim kierunku. chcę zaryzykować, bo jeśli tego nie zrobię - nie dowiem się co będzie dalej. nie zobaczę tego, co jest za następnym zakrętem, nie poznam siebie.
  kiedyś (przeczytałam chyba) taki tekst,że mamy w sobie dwa lęki - strach przed samotnością i strach przed odrzuceniem. w zależności, który lęk w nas wygrywa - w tym miejscu się znajdujemy. albo sami, albo z kimś. 
   wiecie czemu nie mamy odwagi ryzykować, odkrywać przed kimś siebie, odsłaniać serce, które jest tak delikatne? bo się zwyczajnie boimy. ja też się boję. ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej wiem, że Bóg to moje serce trzyma w Swoich dłoniach. On nie opuści mnie, nie porzuci, nie zrani - wręcz przeciwnie. będzie przy mnie, nie zostawi i będzie leczył. będzie kładł balsam na zranienia po to, bym mogła pójść dalej. i to serce, takie poranione, pełne blizn i chropowatych strupów, jest najpiękniejsze. świadczy o naszej odwadze, o ryzyku które podjęliśmy by kochać. a przecież w tym życiu liczy się tylko Miłość, prawda?

piątek, 7 listopada 2014

don't worry...

w zasadzie nic więcej. mam wrażenie, że znalazłam moją piosenkę przewodnią na ten rok. ciągle nucę...najważniejsze, że nie tylko głosem ale sercem...



środa, 29 października 2014

w drogę!

ach, jak cudownie jest pakować się na wyjazd. wychodzi na to, że wraz z wiekiem nabyłam również umiejętność pakowania się w najmniejszy z możliwych bagaży. że niewiele mi trzeba. ale ta radość, ta podskórna nadzieja, pulsująca w żyłach... dobrze jest wracać tam, gdzie było nam dobrze, gdzie byliśmy bezpieczni. zatem wracam tam. na kilka dni.



Lublin, grudzień 2011

chciej!

mmm, tak w skrócie jak w tytule :)  
ciągle tyle dobrego się w moim życiu wydarza, aż nie nadążam z zapamiętywaniem wszystkiego - nawet ostatnio tak podsumowałam, że przecież i tak nie pamiętamy. niestety ucieka nam wiele, jakieś pojedyncze wydarzenia potrafimy przywoływać z pamięci, ale to nadal niewiele. i jedyne co nam pozostaje, to jedynie świadomość i poczucie dobrze przeżytego życia, lub odwrotnie: poczucie straconego czasu i żałowania rzeczy, których się nie zrobiło z takich czy innych powodów. i skoro to nam zostaje, to możemy jedynie zatroszczyć się o składowego tego poczucia - możemy powalczyć o elementy tej układanki, radować się każdym dniem i troskliwie pielęgnować dobro w nas i wokół nas. po prostu. 

ps. tytuł wzięty z dzisiejszej rozmowy -jak dobrze było spotkać M. w Astorii, zjeść późny obiad w towarzystwie ("jak wspaniale Cię widzieć, jak strasznie jest jeść samemu") porozmawiać o życiu i niespodziewanie otrzymać paczkę kawy zbożowej Anatol :D ("weź, dlaczego nie chcesz wziąć? chciej! chciej! jest Twój") zatem chciej. chciej więcej, tego niespodziewanego, pięknego, dobrego, zapierającego dech w piersiach, wywołującego dreszcz zachwytu, miłego,wspaniałego. chciej tego wszystkiego, co w tym życiu jest najlepsze!

ps2. obiecuję sobie, ale jednak tu publicznie: będę regularniej pisać. tak będzie ;)




Białystok, wrzesień 2014

czwartek, 16 października 2014

a bo mi spacja nie działa jaktrzeba...

Przed chwilą z fejsbukowej rozmowy wyszedł tytuł tego posta. tak przypadkiem,  ale pasuje jak ulał jako metafora. Wchodząc po schodach do mieszkania myślałam o tym, ile mam zaległości. w pisaniu tutaj, w robieniu, w kontaktach z ludźmi, we własnych marzeniach i planach, w realizowaniu tego, czego pragnę. Przekręcając klucz w drzwiach urosło we mnie postanowienie, że dziś napiszę tu.  cokolwiek, choćby i niedługiego. ale coś, co mi pozwoli wrócić. ale w międzyczasie coś na fejsbuku się dzieje, a to telefon dzwoni, a to może coś bym zjadła, bo przecież od obiadu minęło czasu tyle i trochę. ciągle coś. i mam wrażenie, że tak niedziałająca spacja to coś więcej niż tylko część w komputerze. że mam w sobie taką trochę popsutą spację, że ostatnio za często nie ma przerw między słowami, działaniami, myślami. że brakuje powietrza, by złapać oddech i właściwy rytm. jest tyle historii, tyle rzeczy które się wydarzyło, a równocześnie nie ma między nimi przerw, i nie potrafię odnaleźć rozdzielenia słów, miejsc podziału, odstępów. wszystko się zlewa w jeden ciąg znaków. i ciężko znaleźć początek czy koniec, nie wspominając już o przerwach.




wtorek, 7 października 2014

"Mam takie zmęczone serce.” Markus Zusak

Przyznaję, że tak. że zmęczone mam serce. czekaniem. mam w sobie niezliczone armie myśli, maszerujących niestrudzenie w tę i z powrotem, jak gdyby nigdy nic. to w głowie, a w sercu...kolejne armie uczuć atakujące ostatnie bastiony zdrowego rozsądku. nie wiem czy ta wojna już dawno nie jest przegrana.
a poza tym...poza tak wiele się dzieje!
- byłam u dziadków (o tym osobno jak ogarnę rzeczywistość)
- nie przystąpiłam do grupy, do wstąpienia której przygotowywałam się przez ten rok. nadal kandyduję (i o dziwo gdy podejmowałam decyzję było mi niezmiernie trudno. ale faktycznie, im dłuższy czas od tego wydarzenia mija, tym bardziej jestem tego pewna, że postąpiłam słusznie i w zgodzie ze swoim sumieniem)
- nauczyłam się nowej techniki handmade'owej (kolczyki wychodzą prze-fajne, ale najfajniejsze jest to uczucie, że jeszcze nie wszystko umiem, że ciągle tyle możliwości przede mną, tyle form i kombinacji do odkrycia)
-  kolejny tydzień w pracy
- przesunięta obrona pracy magisterskiej (przyjęłam to ze spokojem, bo niewiele w tej dziedzinie może mnie już zdziwić)
- w ten weekend byłam wolontariuszką na warsztatach muzycznych (najbardziej chyba cieszę się z tego, że mogłam focić - bieganie z aparatem i patrzenie przez obiektyw na tych pięknych ludzi, którzy wręcz promienieli duchową radością i mocą...bezcenne)
-  on, który mówi mi takie dziwne rzeczy...no bo w sumie to totalnie niedorzeczne sytuacje są. i nie wiem co mam z tym fantem zrobić. najmądrzejsze co mogę, to chyba jedynie czekać. po prostu czekać. przy okazji żyjąc własnym życiem.



Białystok, październik 2014

czwartek, 18 września 2014

-awesome. -indeed.

czyli dialogi kontrolowane ;) życie jest dobre, wiecie? naprawdę. jest ogromnym darem, z którego nawet w połowie nie potrafimy korzystać. ja się uczę. Bóg jest naprawdę dobry w dawaniu. Jest tak hojny, że w zasadzie niczego mi nie brakuje - tylko ja nie zawsze tak to widzę. a dostaję tak wiele! pewne jest jedno - do roboty! ;)  czas zająć się życiem, radością, pielęgnowaniem w sobie nadziei, podlewaniem miłości i wiary. aaa, i jeszcze ufność :)  Bo ON JEST. co do tego nie mam żadnych wątpliwości. a wczoraj On sam przypomniał mi jeszcze, że ma dla mnie wszystko najlepsze. i wiecie co? ja Mu wierzę :) 


 Ostrołęka, lipiec 2011


Krasnosielc, lipiec 2011

środa, 17 września 2014

śni się śni.

śni się. ciągle i ciągle, praktycznie każdej nocy. 
przytulanie i on. tak po prostu, żadnych seksualności, erotyczności. zwyczajna bliskość. czułość. 
tylko bliskość znaczy więcej niż jakiekolwiek podteksty tego świata. 




maybe one day I can fly with you....

wtorek, 9 września 2014

let it be

wrzesień. i jesienna depresyjka u progu, puka coraz natarczywiej. a ja się zastanawiam. o co chodzi? przeżyłam już tyle wiosen i zim, przeżyję i kolejne, jeśli będzie mi to dane. a w międzyczasie żyć trzeba.  i nie, nie chcę po raz kolejny pisać o tej cudownej osobie, którą byłam, kiedy to życie było tętniącym pasmem podróży, wydarzeń, spotkań, rozmów i szaleństw wszelakich. noo, tak było. i cieszę się, że miałam taki piękny czas. ale: teraz jest czas inny. lepszy - nie. gorszy - nie. po prostu kolejny MÓJ czas. do wykorzystania, do wypełnienia, do zapamiętania. tak ma być. niech będzie.

finalizuję magisterkę, więc kto żyw i wierzący - proszę o modlitwę, kto z wiarą ma na bakier - dobre myśli i zaciśnięte kciuki też mogą być :) 
potrzebowałam jednak chwili dla siebie, więc wróciłam do aparatu. trochę boli mnie ręka (pisanie na klawiaturze, ciągłe dłubanie szydełkiem i igłą, trzymanie megaciężkiego aparatu robi swoje :/), ale trzeba podejść z  rozsądkiem - trochę pracy ręcyma, trochę odpoczynku, i chyba będzie dobrze. oks, to ja wracam do klepania literek w dokumencie worda z szumnym tytułem MAGISTERKA. 



Augustów, sierpień 2014

 Białystok, wrzesień 2014





 wszystkie niepodpisane zdjęcia powyżej: Białystok, wrzesień 2014

niedziela, 24 sierpnia 2014

bardzo dawność

   bardzo bardzo dawność. aż wstyd. ale wracam. wracam do żywych. nawet na imprezach się pojawiam tu i ówdzie. w międzyczasie zaczęłam mieć dość nieogarnięcia facetów i zaczęło się niepospolite ruszenie kobiet (przede wszystkim w modlitwie w intencji właśnie mężczyzn, ale też i swojej - bo przecież chodzi o to by wzrastać, dojrzewać i dzielić ze sobą, ale o tym jeszcze kiedyś dłużej).
   i bardzo też ruszyło mnie zdanie z książki Brian'a Tracy: "Działaj. Pracuj. Spiesz się. Nie guzdraj się. Pamiętaj: zwlekanie jest nie tylko złodziejem czasu; ono jest złodziejem życia."

   no i właśnie. nie chcę mieć ciągle poczucia, że jestem okradana (nie tylko przez zwlekanie ale i przez jedną konkretną osobę, która weszła w miejsca, gdzie do tej pory byłam ja, ale nevermind), toteż podejmuję radykalne kroki, by moje życie było w pełni - nie tylko by było moje; by przede wszystkim było w pełni, takie jakie ma być, na 100% a nawet więcej. o wiele więcej zależy ode mnie niż mi się wydaje. trzeba po prostu powstać i być odważnym.


wtorek, 15 lipca 2014

dawność

  dawno mnie tu nie było. bardzo dawno. dni rozchodzą się jak świeże bułki w piekarni z samego rana, a ja się czuję jak ten który je kupuje - o świcie, zaspany człowiek, nie do końca świadomy tego co się dzieje, i nie do końca pewien czego chce. 
  trzeci miesiąc stażu. bajka to to nie jest, bo nigdy nie będzie idealnie, ale cieszę się, że pracuję w tym miejscu, z tymi ludźmi, że codziennie mogę robić coś, co szalenie lubię; że mogę uczyć się nowych rzeczy. nie każdy może odczuwać radość na myśl, że idzie do pracy. na szczęście nie należę do tych osób.
  zbierają się we mnie myśli, czym konkretnie chciałabym się zajmować we wspólnocie - jeszcze za wcześnie o tym mówić głośno i poważnie, ale pomysły nabierają kształtów i kolorów, a to już dużo.
  magisterka jest, ma się...lepiej niż ostatnio ;) pomijając zapowiedź promotora, że nie mam co liczyć na jego pomoc, on czeka na gotową pracę - ok, przyjmuję to. 
  mam nowego bloga. :D ja wiem jak to brzmi ;)  ale urodził się nowy pomysł, i był warty realizacji. i powoli, powoli się rozkręca. potrzeba czasu, jak na wszystko.
  a poza tym...co poza tym? nie mam pojęcia. często wracam rowerem po nocy - to prawie już jak nawyk. świat zupełnie inaczej wtedy wygląda, wszystko ma inne barwy i jakość, czas ma inną prędkość a człowiek..człowiek jest człowiekiem. ze wszystkimi lękami, emocjami, nadziejami i marzeniami, które chowa za dnia.

Białystok, lipiec 2014


niedziela, 18 maja 2014

Zobaczysz, jeszcze z tego wybrnę. (Agnieszka Osiecka)

yyyy....no i nie wiem. nie było mnie tu ponad miesiąc.  nie, nie umarłam. żyję, mówią nawet, że mam się dobrze, wyglądam na 18 lat (miły kokieteryjny tekst starszego pana, rocznik 50.) i wszystko przede mną. ja tylko...a no tak, miałam nie narzekać i nie marudzić. zatem - na tym poprzestanę. 
nie było mnie tu, a to znaczy, że byłam gdzie indziej. w realnym życiu. 
bilans? 

  • mam pracę. znaczy staż. fajna rzecz, w fajnym miejscu, choć męczy mnie czas - od 10 do 18stej. ale daje radę, jeszcze dużo fajności w tym  miejscu przede mną. 
  •  znowu się zapatrzyłam w człowieka. nie wiem czy dobrze czy źle, bo mam wrażenie, że to też mi jest do czegoś potrzebne - do ogarnięcia siebie, do motywacji w różnych działaniach, do zmian. jest jak jest, z głowy wyrzucić ciężko.
  • chyba dojrzewają we mnie decyzje dorosłe, o samodzielnym mieszkaniu, remontach, kontach i płacach i innych takich. pożyjemy zobaczymy


no i notka jako niedokończona trafiła do wersji roboczych. ale chyba w takim razie lepiej opublikować to co jest niż znowu milczeć. a Osiecka z tytułu prawdziwsza niż kiedykolwiek.




Ciechanowiec, sierpień 2012

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

gdy patrzę w twe oczy zmęczone jak moje....

noo. prawie od tej piosenki się zaczęło. prawie, ponieważ początek był duszny. bardzo duszny. na tyle, bym wylądowała w karetce pogotowia, z podanym chwilę wcześniej dożylnie kortyzonem, w drodze do szpitala. a w radiu śpiewał Muniek o moim i jego zmęczeniu. 
ale chociaż to dopiero kilka godzin leżenia (tych pięciu spędzonych na SOR nie liczę), to ja już wiem: to nie przypadek :)  wszak nie dalej jak w poprzedniej notce narzekałam, marudziłam i w ogóle pisałam wszelkie możliwe zażalenia na wszystko wokół mnie i we mnie. no i co? no i mam :)  Ten na górze się wziął do naprawiania, długo nie trzeba było czekać ;) może jedynie szkoda, że tu nie dają części zamiennych :> ale ale, dosyć narzekania, bo jeszcze ktoś te słowa poważnie będzie i oddadzą mnie na blok operacyjny do serwisowania części :P




ale nie wiedzieć czemu przypomniała mi się pewna noc w pewnym mieście, gdzie o drugiej w nocy ktoś opowiadał mi wymyśl(o)ną bajkę o królu lwie. jakoś tak...ktoś mógłby tu usiąść przy mnie, pogłaskać po włosach i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. i opowiedzieć bajkę.
Radom, wrzesień 2010

piątek, 4 kwietnia 2014

księga skarg i zażaleń

och, przydałaby się taka. taka księga skarg i zażaleń, gdzie można by spokojnie (albo też właśnie niespokojnie, pod wpływem emocji) wpisać wszystko co leży nam na sercu, tudzież wątrobie. wpisać, prosić o wyjaśnienie, domagać się rekompensaty - cokolwiek. ale puścić. a tu...
a bo dostałam skierowanie do laryngologa z dopiskiem pilne i w żadnej z trzech poradni mnie nie przyjęto, tłumacząc, że mają komplet.
a bo zachorowałam i wydałam kolejne pieniądze na leki (ale nie dostałam antybiotyku, więc zdrowienie idzie wolniej i mniej skutecznie niż bym chciała).
a bo nie mam pracy. prace z dziećmi się pokończyły ale za to te poważne się jeszcze nie zaczęły. więc jestem w zawieszeniu.
a bo magisterka dalej skamle pod stołem i ciągle dostaje kopniaki na uciszenie - jest tragedia. ale to dłuższy temat.
a bo ciągle w sercu zawierucha z mężczyznami w rolach głównych.
a bo jestem zmęczona. permanentnie zmęczona.
a bo wiosna niby idzie i idzie, ale noce ciągle zimne a i dnie przytłaczają.
a bo...

czuję się tak, jakbym miała zepsutą klamkę do drzwi, za którymi wszystko jest ok.
ewentualnie jeszcze podchodzi opcja, że na tych drzwiach wisi kłódka. 

Tykocin,  sierpień 2013

Tykocin, sierpień 2013

czwartek, 20 marca 2014

ta'jest, pani kierowniczko!

miało być dużo i ładnie napisane. miało podnosić na duchu, radować serce i dodawać sił na kolejne dni. 
a ja po prostu jestem wyczerpana. czuję się do szpiku kości zmęczona, a oczy bolą mnie od patrzenia, mrugania i płaczu. chciałabym być jak te panele słoneczne, które ładują się promieniami słońca. tyle że i słońca nie ma w ostatnich dniach tutaj. idę spać. padam na nos. i nie w poduszkę, tylko w twarde drewno stołu. ale jest wyłom. czuję, że coś się kruszy i z tego będzie nowe. ta'jest, pani kierowniczko!

Białystok, marzec 2009

i jeszcze na koniec, niech będzie, że trochę bardziej optymistycznie:
"Najciężej jest ruszyć. Nie dojść ale ruszyć. Bo ten pierwszy krok nie jest krokiem nóg, lecz serca. To serce najpierw rusza, a dopiero nogi za nim zaczynają iść. " Wiesław Myśliwski

Darłówko, lipiec 2010

poniedziałek, 3 marca 2014

tańczę samodzielnie

nooo. tytuł to tekst wczorajszego wieczoru - w rozmowie z S. chodziło mi o to, że w tym tygodniu okazało się, że nie potrafię tańczyć w parze, z partnerem. że potrafię tańczyć tylko pojedynczo, sama, a wyszło że tańczę samodzielnie. nooo, samodzielnie ;) 
ogólnie to bawi mnie to i tyle, ale jednak jest też druga strona medalu - kilka razy zostałam poproszona do tańca na wtorkowym karaoke, na które całą chmarą się wybraliśmy po spotkaniu. i co? i za każdym razem mnie paraliżowało. dosłownie. po pytaniu o taniec moje oczy coraz bardziej się rozszerzały (pewnie źrenice panicznie reagowały jak u schwytanej antylopy), ciało całe sztywniało a głowa z uporem maniaka kręciła się w zaprzeczeniu. no i tyle, tak się skończyły podchody znajomych i nieznajomych odważnych ryzykantów. ok - mile zaskoczyło mnie to, że byli w tym gronie śmiałków też nieznajomi - czyli nie wszystkim mogę przypisać to, że chcieli ze mną tańczyć z litości/obowiązku czy jakiegokolwiek innego koleżeńskiego powodu. no. ale jedno jest pewne - zdziczałam całkowicie. dzikus, no po prostu dzikus, żeby tak reagować na, zdawać by się mogło, normalną sytuację społeczno-towarzyską. i to jest u mnie chyba tak, jak ze zdjęciami - nie każdemu dam się sfotografować. muszę tej osobie bardzo ufać, by pozwolić wycelować we mnie obiektyw (a już portretówka to w ogóle!), i to samo tyczy się tańca.... no cóż. myślę sobie, że to kolejne miejsce do zmian, kolejne wyzwanie do pokonania samej siebie.

 Białystok, kwiecień 2008 

Poznań, marzec 2009


poniedziałek, 24 lutego 2014

aktualności

nooo. dawno mnie tu nie było. a przecież pisanie pomaga, opisywanie rzeczy pozwala na oswajanie rzeczywistości, układa myśli na półkach i szufladach umysłu, uspokaja serce i łagodzi jego rytm. tak. zatem skrót wydarzeń, które miały miejsce od ostatniego odcinka:


- 14sty, walentynki. te wszystkie starannie umalowane dziewczęta, z gładkimi włosami spływającymi lśniącymi kaskadami w dół ramion. te dziewczęta czekające na spojrzenia chłopców, łaknące zainteresowania, kwiatków i komplementów...trochę mi ich szkoda, ale szczerze mówiąc siebie nie potrafię zdiagnozować w tej sytuacji. chociaż nie - wystarczy przecież opisać jak wyglądałam. kurtka campusa, wytarte jeansy, wygodne trekkingowe buciory i włosy związane w kucyk. plus brak makijażu. to mówi chyba samo za siebie.



- 17sty. jedynymi roześmianymi ludźmi na przystanku była głuchoniema para. dziewczyna siedziała na kolanach chłopaka, żywo do niego śmigająca w języku migowym, a on odpowiadał jej tym samym. ich dynamika..mimika twarzy, gesty i radość...to był piękny widok.



- 18sty. kawa w baristacji i konsultacje nad taktyką zwyciężenia wojny zwanej magisterką. pewne jest to, że mam mocne dowództwo i morale wojska wzrosły.



a w międzyczasie były modlitwy za innych, niesamowite prezenty od Pana Boga, radość ze spotkań, komplementy o moim wyglądzie, które uczyłam się przyjmować naturalnie jako opisujące stan faktyczny :) plus planszowe gry wieczorne ze znajomymi, spacery we mgle,rozmowy z ważnymi, nowe pomysły... dużo :) 

a mówiłam już, że dostałam pracę? :) dopinamy papierologię i jak dobrze pójdzie, to za niedługo będę na stażu w miejscu, które lubię, często odwiedzam i które mnie rozwija. czego chcieć więcej? wiele. bo wiele będzie dane dla tych, którzy chcą i marzą.


ps. wiosny mi się chce. ale cóż. dopijam kawę i czekam.


Białystok, lipiec 2011

poniedziałek, 3 lutego 2014

byłam ćwierćinteligentem. czas przeszły dokonany

no tak, można to tak ująć - do tej pory miałam usunięte trzy ósemki, zwane zębami mądrości, stąd mój ulubiony tekst w tym temacie, że skoro została mi jedna to jestem ćwierćinteligentem. a tu...nie zostało nic. cholernie boląca rana, założone szwy i trudności przy przełykaniu i żuciu. pierwszy raz  z tych czterech przeżytych (i jakby nie patrzeć na szczęście ostatni) tak mnie boli i tak spuchłam. pocieszam się zaleceniem lekarskim - proszę jeść dużo lodów :) 
no. to wracam do wciągania lodów ledwie otwartym dziubkiem. aaa, jest jeszcze paciaja bananowa - też da się wciągnąć bez przeżuwania, a i przy przełykaniu nie boli tak bardzo. 


próbowałam sobie przypomnieć jakiś cytat o zębach, i rzeczywiście, jest jeden, który bardzo lubię. Lec rzucił kiedyś takim tekstem: Biedny, kto gwiazd nie widzi, bez uderzenia w zęby. cieszę się, że do tych osób nie należę ;) 


wieczorny edit: z racji przymusowego leżakowania i niewiele-robienia obejrzałam film Sekretne życie Waltera Mitty. i muszę przyznać, że w mojej ocenie to dobry film. dający delikatnego kopa, motywację, uśmiech na zmęczonej twarzy. nie jest to może film na skalę Into the wild, ale jednak warty czasu spędzonego na oglądaniu. no i ścieżka dźwiękowa - tak, lubię :) 




środa, 29 stycznia 2014

Raz w życiu pomyliły mi się kroki i od tego czasu chodzę krzywo. (Marek Hłasko)

mmmmhm. zastanawiam się kiedy to minie. bo minąć musi. ta moja bezradność życiowa (przy mgrze i relacjach najbardziej), ta nieporadność w tym, co trzeba zrobić, to nieudane próbowanie wracania do tego wszystkiego, kim byłam i co potrafiłam. cholera, mam 27 lat. kryzys, w tym wieku, serio? wyśmiałabym, gdyby ktoś mi to powiedział pięć lat temu.  
walczę, choć moja armia jest zdziesiątkowana przez wrogie siły. walczę, choć w sztabie dowodzącym napięta atmosfera i brak motywacji. walczę, choć noc jest ciemna i nie widać kierunku i potykam się co chwila. walczę, bo wstanie świt. i ja wraz z nim.



Białystok, marzec 2013

piątek, 24 stycznia 2014

miło mi cię poznać

jechałam dziś autobusem, wracając późno do domu. siedziałam sobie z tyłu, na poczwórnym siedzeniu, a obok mnie siedzieli młodzi bardzo ludzie, rozmawiając sobie swobodnie. o jakichś spotkaniach, o studenckich, o tym, że chłopak grał na gitarze choć nie miał na to za bardzo chęci, że wszyscy chorzy teraz, że krew oddać by można ale że kaszlący to będzie ban, na miesiąc odeślą z kwitkiem. i niby nic, niby o banałach, ale im dłużej jechałam, tym bardziej miałam ochotę w tą ich rozmowę się włączyć i poznać ich bliżej. tak po prostu kołatało mi w głowie: ciekawi ludzie ;)  
i tak sobie tylko myślę: czy ja jestem taką osobą? czy ktoś siedząc obok mnie w autobusie, widząc mnie na przystanku, gdziekolwiek, czy pomyśli sobie: 'ale ona jest fajna! ale ona jest ciekawa! ale warto by było ją poznać!'  warto?

Darłówko, lipiec 2010

ps. tak bardzo w temacie Mrożek do Lema w liście pisał tak: „Czy nigdy nie uderzyło Cię, że po jednych ludziach zostaje Ci nuda i właśnie jakby zakalec w głowie, a po innych Ci żwawiej i świat jakiś ciekawszy i godzien uwagi?" prawda.

środa, 22 stycznia 2014

bie[gun]y

dzisiaj są dwa. bieguny. między jednym a drugim, nie potrafię się zdecydować, w którym miejscu jestem. między pomiędzy. i mam naładowany mózg. ostrą amunicją. 








niedziela, 19 stycznia 2014

i'm confused...

tak. jestem zmieszana. teraz to nawet zwyczajnie zmęczona, i może to dobrze, bo wtedy się trochę mniej myśli...
odważyłam się. niby na luzie, dosyć zwyczajne zapytanie o kino...a ten mi tu pyta ale że jak to, tak we dwójkę? czy zbieramy ekipę?...i powodów jest pierdylion, i zakopałabym się pod nimi i udusiła z braku powietrza gdybym zgłębiała się w temat. nie. nie będę. kropka. pójdę sobie do kina sama, jak będzie chciał to dołączy. a jak nie to się będę sama świetnie bawić, wszak podobno jestem z tych bardziej wybitnych inteligentnych jednostek. i już. 
a jeszcze dziś, przed pół godziną praktycznie podrzuciła mi koleżanka link...  http://youtu.be/itqANFUWDkU   i co? i o rycerzach tam jest, o kobietach w wieży, o kłopotach i smokach i wszystkim tym innym... i nie wiem. tu po głosie można poznać, że mówi Fabian Błaszkiewicz. no mądrze gada, ale nie wiem. naprawdę sama nie wiem. 
chyba najbardziej trzymam się tego, co Szustak kiedyś powiedział o warkoczach: że trzeba włosy związać, uczesać i  zapleść w warkocz i nie być pod panowaniem mężczyzny  (bo my fizycznie, z zewnętrznością całkowicie poddajemy się mężczyznom - wywalamy wszystko na wierzch w zasadzie, bardzo chcemy się podobać i przekonać każdego, że jesteśmy super cudowne i ekstra). w raju nie byłyśmy takie. w raju byłyśmy szczęśliwe - Adam stanął przed Ewą i powiedział: łaaał, no ta to jest dopiero... słów mu zabrakło. a my teraz co? albo jesteśmy schowane albo jesteśmy wywleczone na zewnątrz..nie. pośrodku. jestem wystarczająca i nie muszę niczego nikomu udowadniać. i warkocz teraz jest dla mnie jakimś symbolem, symbolem mojej siły, którą mam w Bogu, tego, że jestem warta, że ktoś kiedyś powinien zaryzykować, pokonać trudności i zdobyć. chociaż ciekawa rzecz, zauważyliście? słowo 'zdobyć' to przede wszystkim słowo BYĆ. 
dopsze. idę spać, i tak już nic dziś ze mnie. 

edit: to jest jakieś szaleństwo. przed chwilą (3:41 w nocy czasu białostockiego) zakończyłam rozmowę na fb z tym samym człowiekiem, o którym była mowa powyżej. jak gdyby nigdy nic. może rzeczywiście nic? a potem prawie półtorej godziny konwersacji (ożywionej, interesującej, konkretnej bardzo, mimo że tematycznie w różnych dziedzinach).
 niesamowite. ludzie ciągle są wielką zagadką do odkrywania.

niedziela, 12 stycznia 2014

dni mijają jak świnie w rzeźni

hasełko z tytułu posta wzięło się z naszej kuchni, gdy z M, lokatorką, dla zabawy próbowałyśmy się na hasła z gry Tabu. chciałam ją naprowadzić na słowo 'kalejdoskop', moje skojarzenie brzmiało 'dni mijają jak w kalejdoskopie', a wyszło...jak widać w tytule ;) 
ale to prawda, to prawda. dni mijają mi w tempie zastraszająco szybkim. dziś w ogóle obudziłam się z myślą, że to sobota (pewnie dlatego, że piątek miałam wolny, a w sobotę pracowałam). 
jak wygląda moja praca? o tak o:



zabawki to chyba jedyne kolorowe akcenty każdego dnia ostatnio. sylwester był, na liście 85 osób, a i tak doszło ponad 10 osób niezapisanych...przyznaję, było pięknie. daliśmy radę :)  zmęczona wróciłam o siódmej rano do domu i umarłam, po czym obudziłam się pierwszego dnia nowego roku by posprzątać sale i ogarnąć cały ten stuff do oddania ludziom.
mam też sytuację perełkę,  no bo komu innemu mogło się to przytrafić jak nie mi? wychodząc z domu na sylwestra wzięłam buty - szpilki i balerinki, żeby móc zamienić obuwie w chwili przemęczenia, tyle że foliowej torebki z balerinami nie sprawdziłam...i jakież było moje zdziwienie, gdy wyjęłam z torebki moje bardzo zużyte (ale na szczęście świeżo wyprane) trampki, w których ostatnio przekopywałam tereny zielone? dzień dobry, witam w moim świecie ;)  na szczęście był na tej imprezie pewien wybawca, który podwiózł mnie do domu. było zabawnie - rzucił nawet taki tekst, że poleca się na przyszłość, że co prawda nie na białym rumaku a na szarym ale jednak zawsze :)  a ja... sobie niedawno odsłuchiwałam którąś konferencję ojca Adama Szustaka (szczerze i z całego serca polecam!), w której na zakończenie mówi on tak: "lepiej z takim niż z żadnym... nie! lepiej żaden niż beznadziejny. nie obniżajcie sobie, drogie panie, standardów. bo nie ma księciów na białych koniach... bo nie ma, rzeczywiście nie ma. ale na szarych to już są! to czemu kurka ze świniopasem? no bo mnie nikt inny nie zechce...a guzik prawda! jesteście wszyscy, i panie i panowie, absolutnie niewiarygodni! nooo taaak! Pan Bóg was stworzył!" i tak dalej w tej tonacji :)  ja się tylko pytam co mam zrobić z tym fantem, hę?  
ale w sumie, jak książę (na szarym rumaku czy też nie) to jednak sam podejdzie, prawda? wszak książę...ech, usiadło w głowie i wyjść nie chce. to nic. trzeba zająć się rzeczami potrzebnymi i niezbędnymi, ruszać dalej.  ja sobie będę fajna i cudowna jak zawsze, a oni niech się patrzą i decydują na odwagę, by coś zrobić. przynajmniej nie siedzę na wieży. o. 

Dowspuda, maj 2012

poniedziałek, 6 stycznia 2014

częstuj się, miłości i dobroci mamy dużo

Matka Polka Pogodna & Jan Niezbędny. tych ludzi niezmiernie lubię i podziwiam. byłam na obiadku. zaproszona na godzinę 13:30. wróciłam do domu o 23-ciej. i to jest jeden z najbardziej lubianych przeze mnie sposobów spędzania wolnego czasu. z przyjaciółmi, jedząc przy wspólnym stole, śmiejąc się i popijając pyszną kawę, grając na podłodze w Rummikub przy okazji pałaszując pyszną czekoladę. a potem jeszcze rozmawiając na poważnie o przyszłości, lękach, pragnieniach i miłościach przy świeżo zaparzonych ziołach (które J. wyjmował z wielkich podpisanych słoików, a to mięta 2012, a to  lipa 2013...jaki to był piękny widok - pół garści tego, trochę tego, wszystko do jednego dzbanka, i już za chwilę ten zapach roznoszący się po całej kuchni...).  i wtedy wszystko jest na właściwym miejscu. chwile jasne. 


Lublin, grudzień 2010