wróciłam z kina. Hobbit oczywiście. film daje radę, choć wiadomo, że to film a nie czysty Tolkien jaki jest w książce. jeśli ma się to na uwadze - jest ok. dużo się dziwnych zbiegów dzieje przy okazji tego wypadu do kina. tu oczko, tam oczko, tu zawija się nitka i robi się ścieg, taki pełny, z sensem i wzorem - jak w szaliku albo swetrze. i jedyne co wiem, to to, że gdzieś tam w sercu na dnie mam pragnienie, by to była prawda, by to się działo i spełniało. by powstał ten sweter, którym będę mogła się otulić i już tak zostać. i Ed tak cicho nuci prosto w ucho: and if we should die tonight, we should all die together...
ps. na sylwestrowej liście jest 80 osób. wycinam papierowe wąsy i dopisuję nowe rzeczy do listy zakupów.
oszalałam. robię sylwestra na 70 osób. są dwie opcje: albo będzie dobrze i przeżyję, albo umrę ale i tak będzie dobrze. tak czy inaczej: będzie dobrze.
żyje się raz. i można to zrobić na miliony sposobów, w zasadzie tyle sposobów co ludzi. można mieć wiele i nie mieć nic. można być mądrym, głupim, pięknym, nieśmiałym, marudą, entuzjastą wszystkiego, smutasem, kłamczuchem, kimkolwiek. ale ważniejsze jest to, czy coś robisz. bo: “Fascynują mnie ludzie, którzy robią więcej, niż mówią. Mogłabym stać się kimś takim.” dzienniki Sylvii Plath