dzień dobry, nadal żyję. bywa ze mną bardziej niż różnie, więc cóż tu się rozpisywać. nastąpi zatem skrót odcinka, by dalej pójść w świetlaną, bo moją własną i niczyją inną przyszłość. zatem:
- rozmowa z wybrańcem przebiegła dobrze, choć bez (nie)spodziewanego happy endu. ślubu nie będzie ;) ale nadal się kumplujemy, zatem wynik jest dodatni i nie było ofiar w ludziach. naprawdę - muszę przyznać, że to zaskakujące i orzeźwiające - odkryć, że jednak to nie działa tak, jak kiedyś - skoro cię nie chce, to jesteś słabeuszem, nikim, brzydulą, brakuje ci więcej niż wiele by być z jego kategorii. a tu - proszę bardzo, zaskoczenie. bo po rozmowie (kluczowe kwestie poszły od razu na pierwszy ogień i już po 10 minutach wiedziałam na czym stoję, ale mimo to gadaliśmy o wszystkim innym jeszcze porządną godzinę), otóż po rozmowie zamknęłam za nim drzwi (wcale nie metaforycznie), popatrzyłam w lustro wiszące w przedpokoju i ze wzruszeniem ramionami i uśmiechem pomyślałam - w porządku, może być i tak. i wiecie, naprawdę tak może być :) jest jeszcze czas na wszystko, i najważniejsze w tym wszystkim jest to, że się odważyłam - ja wiem, że to odkrycie na poziomie gimnazjum ale jednak - odważyłam się i końca świata nie było. co więcej, ruszyłam dalej więc w pewnym sensie świat dopiero się zaczął :) a poza tym - nikt mi nie wmówi, że nie warto czekać na takiego Mężczyznę, który będzie miał w sobie tą odwagę zaryzykować, odkryć siebie i zapytać. także ten, będzie dobrze ;)
- czas mija mi szybko, zbyt szybko. w zasadzie niby przed chwilą zaczynałam półroczny staż, a tu już został mi ostatni miesiąc pracy na trzymiesięcznej umowie podpisanej po stażu. i co dalej? Bóg jeden raczy wiedzieć, bo ja niekoniecznie. trzeba się tą kwestią zająć, ot co.
- i byłam na Hobbicie. trzecia część tyłka nie urywa, totalnie. jest...znośna, jeśli patrzy się przez pryzmat bajki. Wiadomo było od początku, że to nie Tolkien i że nie ma co się jeżyć na szczegóły i niespójności z książkami. ale nie będę tu smarować recenzji, kto zobaczy ten będzie miał swoje własne zdanie na ten temat. ja za to muszę udokumentować kilka faktów: nie spałam przed maratonem za dużo - dzień wcześniej do trzeciej w nocy robiłam bransoletkę na zamówienie (nigdy więcej przed świętami - w następnym roku zamykam zamówienia na tydzień przed świętami i kropka) potem po pięciu godzinach snu do pracy, a potem szybko na imprezę wigilijną do znajomych i od razu na nocny maraton filmowy, czyli trzy części hobbita. i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten brak czasu, snu i oddechu pomiędzy tym wszystkim - miałam okropne przeboje z taksówkami, a potem gdy dojechałam do kina, okazało się że to inne kino...tak, na dwa heliosy w mieście wybrałam nie to, które trzeba było; więc jechałam kolejną taksą, już z nastawieniem wszystko mi jedno i że to najgorszy tydzień w całym tym roku. dojechałam, obejrzałam, nie zasnęłam ani razu :) no i jeszcze jeden zaskakujący fakt - pan wybraniec też był, i o dziwo zawrócił mnie z ruchomych schodów kombinując mi podwiezienie do domu - że nawet jeśli nikt nie jedzie w moją stronę (jak twierdziłam), to on może tam jechać, nie problem. zaskoczył mnie, muszę przyznać. i o szóstej trzydzieści rano myślałam sobie, już wchodząc do domu że wiem dlaczego mi na nim zależy, że wiem jakimi cechami przyciąga mnie do siebie. ale że z nim nici póki co, to przynajmniej wiem jaki ten mój człowiek ma być. o tako :)
- i byłam na Hobbicie. trzecia część tyłka nie urywa, totalnie. jest...znośna, jeśli patrzy się przez pryzmat bajki. Wiadomo było od początku, że to nie Tolkien i że nie ma co się jeżyć na szczegóły i niespójności z książkami. ale nie będę tu smarować recenzji, kto zobaczy ten będzie miał swoje własne zdanie na ten temat. ja za to muszę udokumentować kilka faktów: nie spałam przed maratonem za dużo - dzień wcześniej do trzeciej w nocy robiłam bransoletkę na zamówienie (nigdy więcej przed świętami - w następnym roku zamykam zamówienia na tydzień przed świętami i kropka) potem po pięciu godzinach snu do pracy, a potem szybko na imprezę wigilijną do znajomych i od razu na nocny maraton filmowy, czyli trzy części hobbita. i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten brak czasu, snu i oddechu pomiędzy tym wszystkim - miałam okropne przeboje z taksówkami, a potem gdy dojechałam do kina, okazało się że to inne kino...tak, na dwa heliosy w mieście wybrałam nie to, które trzeba było; więc jechałam kolejną taksą, już z nastawieniem wszystko mi jedno i że to najgorszy tydzień w całym tym roku. dojechałam, obejrzałam, nie zasnęłam ani razu :) no i jeszcze jeden zaskakujący fakt - pan wybraniec też był, i o dziwo zawrócił mnie z ruchomych schodów kombinując mi podwiezienie do domu - że nawet jeśli nikt nie jedzie w moją stronę (jak twierdziłam), to on może tam jechać, nie problem. zaskoczył mnie, muszę przyznać. i o szóstej trzydzieści rano myślałam sobie, już wchodząc do domu że wiem dlaczego mi na nim zależy, że wiem jakimi cechami przyciąga mnie do siebie. ale że z nim nici póki co, to przynajmniej wiem jaki ten mój człowiek ma być. o tako :)
grudzień 2014, godz.6:30, Białystok
- święta dla odmiany były znośne - w poprzednich latach non stop życzyli mi obrony mgr, pracy, męża, chłopaka, partnera, szczęścia, zdrowia, pieniędzy, i wszystkiego innego co tylko im przyszło do głowy. w tym roku - jakby ciszej z durnymi życzeniami (bo czyż posiadanie 'partnera' jest naprawdę wyznacznikiem mojej wartości i tego, czy jestem szczęśliwa?) [dygresja na marginesie - ostatnio w rozmowie telefonicznej M. rozgadał się o swoim odkryciu: otóż nie jest ważne co robisz w życiu, czy jesteś kominiarzem czy prezesem, jesteś dobry, uczynny, miły czy też rzucasz się na ludzi, ranisz ich i jesteś hiper-egoistą. otóż - najważniejsze jest po prostu to, że JESTEŚ. to stanowi twoją wartość, istotę. i muszę przyznać, że te słowa wypuszczają we mnie nie tylko korzenie, ale już nawet młode pędy :) bo czyż to nie jest wyzwalające? po prostu jestem, niezależnie od uczynków, od cech, od myśli, błędów czy też wspaniałości. chyba nawet któryś święty poszedł z tą myślą dalej i powiedział coś w stylu: jestem niczym więcej i niczym mniej niż tym, kim jestem w oczach Boga. jakoś tak :) i z tym was pozostawię, koniec dygresji]. taaak...zatem wracając do świąt...były spokojne, bez większych trosk czy spin, bez kłótni i burzliwych wydarzeń. wręcz przeciwnie- były leniwe, płynęły jak spokojna rzeka, niosąc mnie w swoim delikatnym nurcie. potem zaś nastąpiły intensywne dni inwentaryzacji w pracy (w rozmowie telefonicznej przejęzyczyłam się i powiedziałam że mamy inkwizycję - blisko, c'nie? :P) a potem...potem był sylwester.
grudzień 2014, Białystok
- sylwester. miałam wolne, niespodziewanie. i ranek był bardzo fajny, warty odnotowania. otóż przeciągasz się, wstajesz sobie, tak po prostu, robisz śniadanie i siedzisz dwie godziny przy stole, jedząc spokojnie wypasioną jajecznicę i czytając książkę. serio - wieki tego nie robiłam. nie spiesząc się nigdzie i do nikogo, nie zastanawiając się gdzie właśnie jestem spóźniona i co jeszcze jest do zrobienia - nieważne. po prostu spędzasz czas ze sobą. i stąd przyszła myśl o tym, by w tego sylwestra nie biec do ludzi, nie robić tego co zwykle. i zostałam w domu, sama ze sobą i z Panem Bogiem do towarzystwa :) muszę przyznać, że to był dobry czas. odkrywania radości w tym, że JESTEM i że On JEST (obok mnie;))
- co dalej? będzie nowe, to pewne. nic już nie jest takie samo, bo ja nie jestem taka sama. wszystko się zmienia, i ten rok też zmieni wiele. zamierzam strzec tego czasu jak ostatniej butelki domowego podpiwku mojej mamy i korzystać najlepiej jak się da z obydwu dobrodziejstw :) bo przecież te zwykłe rzeczy są najcenniejsze :)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz