Turnau sobie tak śpiewał, pamiętam. Lubiłam te piosenki, ten czas. Trochę się zapowiada na powroty do intensywności, czerpania pełnymi garściami, zapychania sobie buzi całymi garściami czereśni, ubrudzonych stóp w sandałach, muzyki w nocy i przesiadywania na balkonie. Już się dużo dzieje, i chyba przez ten nadmiar emocji i myśli, i uczuć i wydarzeń, najzwyczajniej w świecie ciężko składnie i po kolei o tym mówić. Będzie zatem skrót ostatniego sezonu:
- nie dość, że byłam za darmo z koleżanką w kinie, to jeszcze potem znalazłyśmy w sumie 80 złotych
- jeżdżę nałogowo rowerem
- śpiewam wszędzie uwielbiając Boga
- a wspominałam już, że byłam w Anglii? :)
Ano właśnie, to chyba największy news ostatniego czasu. W lutym rozmawiałyśmy o tym z koleżanką, a potem jakoś tak wyszło, że pomimo mojego niedowierzania okazało się, że dostanę wolne w tym terminie, i kasy wystarczy na bilety, i wszystko jakoś się tak doskonale składa do wyjazdu. Toteż pojechałam, na majówkę dokładnie. i było tak cudownie, że nie potrafię o tym składnie i z sensem opowiadać. Działy się tam cuda, najprostsze i najzwyczajniejsze, miłość w czystej postaci.
Dziś z kolei byłam w lesie. Poszłyśmy z koleżanką na... zbieranie młodych pędów sosnowych. Podobno można z tego uczynić jakiś super świetny syrop, toteż zamarzyło mi się spróbować. Wybrałyśmy się do lasu - i nie żałuję. Te kilka godzin wśród drzew wystarczyło, by się zresetować. Stąd też decyzja, by uskuteczniać podróże małe i duże, cieszyć się życiem dopóki jest mi dane. A na razie mam w pokoju masę zielonych miękkich igiełek, które suszą się i pachną w całym pokoju...dobrze się będzie spało.
i jeszcze nowi Mumfordzi tak ładnie brzmią po nocy:


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz