poniedziałek, 28 grudnia 2015

Jednego serca, tak mało, tak mało...

   W okolicy świąt i w czasie ich trwania miałam w głowie tyle myśli a serce nie wytrzymywało natłoku uczuć i wspomnień; mimo to jednak dopiero teraz mam jakąś chwilę by coś o tym powiedzieć. Nie ma co tutaj wykładać po kolei całej smętnej litanii ponieważ to już było, wydarzyło się i przeszło do czasów minionych. Wystarczy rzec jedynie, że w środę sobie płakałam rzewnymi łzami jakieś dwie godziny, ale juz w Wigilię rozpadłam się na milion kawałeczków dopiero podczas Pasterki w polskim kościele. Myślę, że to ostatnie jest silnie powiązane z obecnością Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie , z Jego bliskością - mam wrażenie, że Jego Obecność sprawia, że On wyciąga wszystko co jest w nas, sięga po wszystko co jest w środku mnie, i potem tak się dzieje, że jestem wśród ludzi, a chcę się schować, ponieważ Bog przyszedł bardziej niż można sobie wyobrazić. Ale już jest po świętach - więc jest też już po emocjach i tęsknocie rozdzierającej serce. Wszystko wraca do normy, choć najdotkliwsze w tej chwili jest poczucie braku swoich ludzi tutaj. Tych ludzi, z którymi mogłabym spędzać całe dnie a godziny mijałyby jak chwile. Ludzi, z którymi wiążą mnie wspomnienia i rozmowy, powierzane sobie nawzajem trudności i marzenia. Bożych, dobrych ludzi, moich ludzi. Okropnie mi ich brakuje tutaj, a budować nowe...jest trudno, bo jest spory deficyt wszystkiego, łącznie z ludźmi, czasem i chęciami. Ja wiem, na wszystko potrzeba czasu i nic od razu nie powstanie. Więc poczekam, tak już jest. 

Są też jednak rzeczy, za które jestem bardzo wdzięczna, jak choćby:


Ciągłe przypominanie Pana Boga, że jest ze mną

ósma rano w pracy. i bardzo prosty widok za oknem, który otwiera serce na cały nowy dzień

german christmas market. radosne miejsce, pełne świątecznej atmosfery, pierwszy raz doświadczyłam takiego miejsca.

karuzela na geman market. byla tak piękna, z cudowną muzyką lecącą z głośników...czysta atmosfera (czułam się jak na filmie!), jednak nie wsiadłam - Z. się trochę z tego śmiała, i powiedziała że słusznie, że przejadę się następnym razem już z mężem. aha :>

tiramisu na deser we włoskiej restauracji i odczuwalne szczęście w każdej komórce mojego ciała. stanu szczęśliwości dopełnił fakt, że gdy wychodziliśmy w holu orkiestra dęta zaczynała grać typowo świąteczne piosenki. znowu - jak w filmie :) 

choć mam nieco mniej czasu - nadal handmade'y. przyjemne z pożytecznym, ponieważ na święta rzeczywiście był ruch w interesie

uwielbianie Boga przy codziennych czynnościach - to jest łaska i dobro Jego samego. On nie potrzebuje nas i naszych krótkich modlitw - ale daje nam ten czas, miejsce i serce byśmy z Nim spędzili choćby chwilkę 

czasem kolacje mogą wyglądać właśnie tak (a smakować jeszcze lepiej :) ) 

poczta, w samiuteńką wigilię. pachnący prawdziwy piernik,  piękna ręcznie robiona kartka, a do tego w obu przesyłkach najważniejsze - biały opłatek, który znaczy więcej niż odległość.

środa, 16 grudnia 2015

tu tu

Dzisiaj jedynie kołacze mi po głowie fragment rozmowy z ostatniego czasu. W czasie tej rozmowy padło stwierdzenie, że się pewnie swobodnie i dobrze czuję jak w Polsce, bo ciągle tutaj otaczają mnie Polacy. Odpowiedziałam po prostu, że właśnie nie, wręcz odwrotnie - pomimo tego, że jestem otoczona Polakami, mam absolutne poczucie tego, że w Polsce nie jestem. wlaśnie tak teraz mam. 

Kazik śpiewał: Polska, mieszkam w Polsce, mieszkam tu tu tu tu... chwilowo nieaktualne.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

w telegraficznym skrócie

  W skrócie, ponieważ jest późno, a sen jest wbrew pozorom nie dla słabych, ale dla mądrych, którzy wiedzą, że będą umierać następnego dnia jeśli zaraz nie odpoczną w fazie rem. Dzieje się dużo, jak zwykle. Dziś mogę jedynie opowiedzieć, że dostałam inną pracę :)  W piątek była szybka akcja telefoniczna, skutkiem czego dziś miałam się stawić pod pewnym adresem do pracy. I oto o ósmej rano (pomylilam przystanki i wysiadłam za daleko, ale i tak dotarłam na czas) oczom moim ukazał się widok nie z tej ziemi - otóż: na całym piętrze magazynowo-fabrycznym były ustawione stoły, palety, i półki, na których ułożone były ogólnie rzecz biorąc rzeczy do scrapbookingu - kartki małe i duże, naklejki, elementy i wszystko inne czego nazwać nie potrafię :)  i tam oto trafiłam, by cały boży dzień pakowac, składać, montować i liczyć ;)  w życiu tyle nie widziałam pięknych wzorów papierniczych co przez ten jeden dzisiejszy dzień, za który jestem wdzięczna. Co więcej - zapowiada się, że praca będzie do końca roku co najmniej, więc cieszy tym bardziej. 
  Wiadomo też, że nic nie jest idealne - borykam się z innymi problemami, ale to już raczej wewnątrz, przetwarzają się informacje, przegryzają problemy, przemielane są myśli i uczucia. I dobrze bardzo, wszak tak ma właśnie być. dobranoc ;) 

środa, 9 grudnia 2015

o-patrz: Opatrzność

   Nadal zasuwam na łasce Bożej - w każdej chwili. Sobota i niedziela minęła mi pod tytułem Weekend Alfa tutaj, na miejscu. Uwielbienie, modlitwa za ludzi, w zasadzie wszystko co znam, a równocześnie inaczej. Trochę rozmów, trochę przemyśleń. Chyba rozumiem, dlaczego miałam tyle dni wolnego - jakby Bóg mówił - spokojnie, narobisz się w weekend, więc odpocznij teraz. I po prawdzie, było trochę odpoczynku w tym czasie. Za to w poniedziałek dzwonili z pracą, dokładnie o 7:40 (podejrzewam, że na hali zorientowali się ilu ludzi im brakuje i wtedy zaczęli łatać dziury w ekipie), więc godzinę później stałam normalnie na linii. Ale wtorek już taki dobry nie był, jeśli mówimy o pracy - mimo to śmiem twierdzić, że wszystko jest takie, jak powinno. Byłam tuż po południu na rozmowie, która trwała kilka godzin - czyli tyle, ile trzeba. To nie jest łatwo otworzyć serce i myśli na kogoś innego, ale realnie dostrzegam, że to procentuje na przyszłość - pierwszy raz od dłuższego już czasu mam wrażenie, że moje życie rusza do przodu, że coś tam drga pod ziemią i jest szansa, że będzie kiełkować i rosnąć (a nawet owocować!). Wieczorem miałam swoją małą grupkę, i coś rzeczywiście ruszyło - siedziałyśmy w domu wspólnotowym, w pokoju z trzema wielkimi angielskimi fotelami - ten pokój już stał się naszym ulubionym, bo warunki są wprost idealne dla nas trzech. Potem zaś pojechałam do A., która zaprosiła na oglądanie filmu. Naleśniki z nutelllą i bananami, film, leniwy wieczór z fajnymi ludźmi - trochę zapomniałam jak to jest! I jeszcze potem odprowadzona w nocy pod same drzwi przez cały gang :P To naprawdę daje nadzieję na przyszłość - wszyscy wolni, wszyscy w zasadzie w tym samym wieku, wszyscy ze wspólnoty. Będzie pięknie :) 
  A dziś miały miejsce interview o National Insurance number i samodzielność - jestem z siebie dumna, po raz kolejny. Reasumując: dzieje się dużo, dzieje się intensywnie, ale absolutnie nie chciałabym być w innym czasie i miejscu. Wręcz przeciwnie - mam poczucie wielkiej szczęśliwości, pomimo że nie wszystkie chwile są tak bardzo naładowane endorfinami. Szczęście czasem na smak gorącej czekolady z Mac'a, albo deseru tiramisu we włoskiej restauracji (do tego wychodzisz z restauracji, a tam regularna mini-orkiestra grająca piosenki świąteczne i zbierająca datki do wiaderek. pełnia!). Tak właśnie mijają mi niektóre dni. 

piątek, 4 grudnia 2015

Opatrznosć

   nie ma pracy. nie ma, tak po prostu, skończyła się. to się tutaj podobno zdarza często, ludzie powtarzają, że przyzwyczaj się, bo tak właśnie wygląda praca przez agencję a nie na kontrakcie.i ok, widzę to, rozumiem, choć we mnie rodzą się myśli, jak to będzie. wiadomo, że jako ludzie dążymy do samodzielności, do poczucia bezpieczeństwa, do realizowania planów, zamierzeń. a tu - a tu zatrzymanie i swego rodzaju niepewność. dwa dni miałam takie, że niekoniecznie było co robić. wczoraj siedziałam nad rękodziełem, bo tym przecież zajmowałam się też w Polsce. trzeba by pomyśleć jeszcze, jak to tutaj wypuścić i sprzedać (bo byłoby cudownie zrobić sobie samozatrudnienie, to już w ogóle inna bajka). po południu miałam już dosyć czterech ścian (wszak ostatnio ciągle w ruchu), i poszłam na spacer na...cmentarz. 
   wiedziałam, że tuż obok jest cmentarz, ale nie wiedziałam, że jest tak rozległy! najbardziej jednak zdziwiły mnie dwa domy, które są na nim położone - jedne z brzegu, na samym początku, więc to jeszcze nie jest tak dziwne, bo przecież zdarza się, ale ten drugi przypadek to kosmos - w samym środku cmentarza stoi dom, i to dom zamieszkany, ze światełkami, samochodem i podobno dziećmi. kosmos! nie wyobrażam sobie tego nawet jeśli jako chrześcijanka mam inne spojrzenie na cmentarze i śmierć - przecież Jezus zmartwychwstał, pokonał grzech i śmierć ora przyniósł nam życie wieczne - to jednak pomysł mieszkania na cmentarzu wydaje mi się co najmniej dziwaczny. Szłam sobie spokojnie spacerowym krokiem, spędzając ten czas na spotkaniu z Nim samym, z Żywym Bogiem - i byl to czas zyskany. My bardzo nie potrafimy tak przebywać z Bogiem, wydaje się to nienaturalne, cisza jest trudna do zniesienia w naszej codzienności pełnej bodźców, dźwięków, działania. A przebywanie w Bożej Obecności to często po prostu bycie, bez myślenia, gadania, proszenia, emocji. To po prostu dzielenie wspólnej przestrzeni i czasu, jak z ukochaną osobą - mieliście tak? że w sumie to nie jest ważne, co robicie, wystarczy przebywać w jednym pokoju ze świadomością, że ta druga osoba jest obok w pobliżu. I taki to był mój spacer.
  Dziś z kolei ruszylam w miasto - a to po moje safety shoes zostawione wcześniej w pracy, a to po czek z pierwszą wypłatą, a to do drugiej agencji bo może mają pracę, a to do banku aktywować przysłaną kartę i zrealizować czek. I rzeczywiście, wszystko się udało załatwić, choć jeżdżenia było co nie miara. Trochę się zdziwiłam, bo czek został w banku, a pieniądze praktycznie będą dopiero w czwartek, ale nieważne, ważniejsze że będą. Po załatwieniu wszystkich tych sprawunków usiadłam w centrum miasta, na jakimś deptaku czy coś, z gorącą czekoladą w kubku, i dopadł mnie bliżej nieokreślony smutek, że jestem tu jednak sama. Że wszystko wokół jest nowe, i chciałabym to z kimś móc dzielić, cieszyć się tym wszystkim, pokazywać i opowiadać, ale przede wszystkim właśnie dzielić tą rzeczywistość z kimś obok mnie. Na chwilę obecną - jest tak jak jest, czyli ufam, że tak jak powinno. Czasem jednak dopada mnie pytanie, jak długo jeszcze. Ale wierzę Boże, że dokładnie tyle, ile trzeba. Szalenie lubię wersy piosenki Mate.o brzmiące: "Nie spieszysz się, nie spóźniasz się, przemieniasz serca doskonale" - czyż nie jest to prawda najlepsza? Bóg jest we wszystkim, jest zawsze, zna czas i możliwości, i według Swojej dobroci i mądrości daje wszystko w odpowiednim czasie. 
   Wieczorem jechałyśmy z Z. na Eucharystię zaczynającą tutejszy Weekend Alfa - Z. musiała pojechać po swojego męża do pracy, on miał ją zmienić przy ich córeczce a potem my miałyśmy od razu jechać dalej. Zostałam zatem sama w pustym domu z płaczącym dzieckiem w pidżamce. I wydarzył się cud najbardziej przeze mnie lubiany, taka chwila jak drogocenna perła chowana w szkatułce ważnych momentów. Usiadłam na kanapie, dziecię otulone w ciepły koc jak w kokon przytuliło się ze wszystkich sił a ja śpiewałam jej cicho pieśni uwielbienia. Pusty, cichy dom, wiatr szumiący za oknem, i zwykłe słowa pieśni o chwale Baranka i mocy Boga. Uspokajający się coraz bardziej oddech dziecka, głowa przytulona do piersi, jakby wsłuchana w bicie mojego serca...tego nie da się z niczym porównać. Właśnie w takich momentach wiem, gdzie będzie moje miesce za jakiś czas. Właśnie wtedy odzywa się tęsknota, by to się działo już, teraz, za chwilę. Ale On zna czas. On wie kiedy. On ma najlepszy moment. A ja Mu ufam.













wtorek, 1 grudnia 2015

gru

  Czy my już mamy grudzień? niesamowite. Jestem zadziwiona, jak szybko leci ten czas- przed chwilą jeszcze byl wrzesień i pakowanie, listopad, czekanie i przylot, a tu już mamy grudzień! prawdopodobnie za kilka miesięcy będę zdziwiona, że już minęło pół roku albo rok od przyjazdu. 
   Co u mnie? nadal pracuję, choć dziś przytrafiła się przykra niespodzianka. Jak każdego dnia wyruszyłam na przystanek żeby wsiąść do autobusu do pracy. I ten autobus...nie przyjechał. Powinien być 7:05,  a tu mijała 7:17 a ja nadal w tym samym miejscu. Bardzo nieprzyjemne poczucie tego, że nie wiem co mam robić plus blokada, żeby cokolwiek zrobić. Ja, która w Polsce potrafiłam odkręcić wszystko, przemienić punkt widzenia, ba, nawet odwrócić bieg rzeki gdy trzeba było to mogłam. a tu...no nic, bezsilność totalna, brak pomysłów i reakcji na sytuację. I to właśnie uczy prostoty serca oraz tego, że nie wszystko ode mnie zależy. tak po prostu, czasem trzeba odpuścić. i to jest wygrana trochę innego rodzaju, ale jednak - wygrana ze sobą.